U C wyników wyborów

W krótkiej przerwie od aborcji, na rozluźnienie inny temat w rytmie ***** ***

2020.10.24 16:46 60kopiejekzawpis W krótkiej przerwie od aborcji, na rozluźnienie inny temat w rytmie ***** ***

W krótkiej przerwie od aborcji, na rozluźnienie inny temat w rytmie ***** ***
[Tak, wiem, było dawno, ale bezpośrednich danych jak *** wykorzystuje aparat państwowy i swoją pozycję by się utrzymać przy władzy w sumie nigdy dość ]
Ps. Zwrócona słusznie uwaga, w Podkowie Leśnej na grafice wkradł się błąd-poparcie powinno być na odwrót, z korzyścią dla R. Trzaskowskiego
Nie mogłem się doszukać podsumowania wyników słynnej już akcji "Bitwa o wozy" w 2 turze wyborów prezydenckich. Więc postanowiłem chwilę poszukać, zebrać, i oto one. Bardzo ładne. Z 49 tym razem nagradzanych gmin (po 1 na każde byłe województwo) Duda przegrał jedynie w 13. Nie trudno się domyślić jak wysoka frekwencja w takich ośrodkach (do konkursu łapały się miejscowości do 20k mieszkańców) w skali kraju wpłynęła na wynik końcowy.
Btw to 94% poparcia na podkarpaciu xDDDD
I skrót dla osób nie w temacie. Z czym mamy do czynienia? MSWiA wiedząc, że wielkie ośrodki bastionami PiS nie są, przeprowadził akcję promującą głosowanie w tych najmniejszych. Środki publiczne zostały przeznaczone de facto ku korzyści partii rządzącej, a państwo polskie do promowania jednej kandydatury. Nic tylko się cieszyć. Budżet rozdzielany nie w sposób merytoryczny (do potrzebujących gmin) tylko populistyczny. Yaaaaaaaay
Z racji tego, że temat wyborów już się trochę przedawnił, (i przez to, że porównaniu do skali tego co się aktualnie wyprawia inne sprawy bledną) jest to w sumie bardziej ciekawostka. Ale po prostu denerwuje mnie kiedy widzę narzekania na opozycję jaka to ona słaba, jakie popełnia głupie błędy, nie powinna "obrażać" wyborców PiS. Choć nie twierdzę z miejsca że to niesłuszne zarzuty. Tylko uważam, że takie przytyki są na miejscu gdy gramy w tą grę na równych zasadach. Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją gdy w kampanię jedynej słusznej partii zaciągnięte są nie tylko media propagandowe publiczne i publiczne pieniądze przeznaczane na wydatki socjalne, ale jak widać, również bezpośrednio administracja państwowa. Kurs Węgry. ***** ***
https://preview.redd.it/024f06ip62v51.png?width=610&format=png&auto=webp&s=5f0833584b40f7fb98b998f904f3d74e31b7e0e8
submitted by 60kopiejekzawpis to Polska [link] [comments]


2020.07.19 10:35 Kosiek "To nie inni są winni, tylko Ty, Platformo".

Felieton dla Wyborczej, od Marka Dudkiewicza: https://wyborcza.pl/7,75968,26133082,to-nie-inni-sa-winni-tylko-ty-platformo.html
"Jako wieloletni, ale obecnie były wyborca Platformy Obywatelskiej, bardzo proszę: Platformo, zastanów się nad sobą i się zmień. Jeśli znów będzie trzeba, ja zagłosuję na Ciebie w ramach racji stanu i wyższej konieczności - nie dlatego, że mi się podobasz. Ale wielu tego nie zrobi. Marek Dudkiewicz – psycholog i socjolog z 20-letnim doświadczeniem w planowaniu, realizacji, analizie i raportowaniu badań ilościowych i jakościowych – zarówno marketingowych, jak i społecznych. Prowadzi firmę MMD Milanowa sc. W okresie PRL-u zaangażowany w działalność podziemnego ruchu wydawniczego
Przegraliśmy kolejne wybory. Ruszyła giełda pomysłów, kto lub co jest temu winne. Dominują dwa kierunki myślenia. Pierwszy dotyczy wykorzystania przez PiS całej potęgi państwa (cały rząd w terenie, użycie alertu RCB) i różnorakich obietnic finansowanych głównie na kredyt. A także totalnej propagandy wylewającej się z TVP, kampanii opartej na dzieleniu, straszeniu i wywoływaniu nienawiści i lęku. To wszystko prawda, te czynniki miały niebagatelny wpływ na końcowy wynik. Być może wręcz decydujący. Uprzedzając ewentualne zarzuty o symetryzm, naiwność itp., oświadczam więc, że jestem świadom tej zmasowanej działalności PiS-u i skrajnej nierówności wyborczej walki.
Z tym zjawiskiem ponownie będziemy mieć do czynienia przy kolejnych wyborach (bo wbrew obawom one będą, choć zapewne fasadowe). Nie możemy więc czynić sobie z tego wymówki i usprawiedliwienia dla własnych słabości. Tym bardziej, że właśnie zakończone wybory prezydenckie były do wygrania. Przegraliśmy je ponoć – pojawia się drugi kierunek myślenia – przez brak spójnego działania całej opozycji, przez niedostateczną mobilizację wokół Rafała Trzaskowskiego, prywatę liderów partyjnych, itd. Szczególne miejsce w tym myśleniu ma Szymon Hołownia.
Niektórzy na tym się zatrzymują. A jeżeli będziemy trwać przy dwóch powyższych wyjaśnieniach porażki, przegramy również kolejne wybory.
Kto nie dorósł do rangi chwili? Słuszny jest zarzut stawiany partiom opozycyjnym, że w wyborach prezydenckich dbały przede wszystkim o swój interes partyjny. W największym stopniu oskarżany jest o to Szymon Hołownia, następnie PSL, w najmniejszym Lewica i Robert Biedroń. Zarzut ten natomiast w ogóle nie ima się Platformy Obywatelskiej. Można pomyśleć wręcz, że oto pełni ona, a w zasadzie Rafał Trzaskowski, rolę nieskazitelnego rycerza na białym koniu, wokół którego powinni zgromadzić się wszyscy pozostali. Niejako w roli wasali wspomagających rycerza w walce z wielogłowym smokiem. Mogliśmy zatem przeczytać, że kandydaci opozycyjni powinni przed pierwszą turą na wspólnej konferencji zadeklarować, że poprą tego spośród nich, który wejdzie do drugiej tury. A przed drugą turą stanąć ponownie u boku Rafała Trzaskowskiego i jednoznacznie go poprzeć (Wojciech Czuchnowski, wyborcza.pl). Pisano także w tonach podniosłych, że „gdyby opozycja kierowała się racją stanu, to w powyborczy poniedziałek rzuciłaby wszystkie ręce na pokład Rafała Trzaskowskiego. Kandydaci, którzy odpadli, nie hamletyzowaliby, nie mówili o wyborze mniejszego zła, o głosowaniu przeciwko. Po prostu stanęliby po jasnej stronie mocy” (Karolina Lewicka w portalu natemat.pl). I ponownie Czuchnowski: „To brak jedności w najważniejszych dla kraju sprawach leżał u podstaw rozbiorów i przyczynił się do klęski kolejnych powstań. Wybór indywidualnych i partyjnych interesików kosztem interesów nadrzędnych był od wieków zmorą Polski. Był i – jak widać – nadal jest”. Jacek Żakowski wręcz oburzał się, że Szymon Hołownia w ogóle ma czelność startować.
Oczywiste, że te wybory były niezwykle ważne, a zwycięstwo w nich kandydata PiS-u jest groźne dla przyszłości polskiej demokracji. Skoro zatem wiemy, że chwila miała niemal dziejową rangę, to pytam: dlaczego do tej rangi nie dorosła Platforma Obywatelska? Czyż bowiem nie powinno być tak, że oto wybieramy i wspieramy kandydata, który ma największe szanse pokonać Andrzeja Dudę w drugiej turze? A tak się składa, że wszystkie sondaże oraz racjonalna i spokojna analiza sytuacji jednoznacznie wskazywała, że Robert Biedroń odpada w przedbiegach, a z pozostałej trójki to Rafał Trzaskowski ma najmniejsze szanse na wygraną.
W przeciwieństwie do Władysława Kosiniaka-Kamysza, a zwłaszcza Szymona Hołowni. Czyż zatem, skoro mowa była o racji stanu i chwili dziejowej, nie powinno być tak (posługując się stylistyką wspomnianych publicystów), że przed pierwszą turą Rafał Trzaskowski wraz Borysem Budką na wspólnej konferencji z liderem PSL-u i Szymonem Hołownią oświadczają, że w imię wyższych celów Rafał Trzaskowski wycofuje się z wyborów oraz prosi swoich wyborców, by zgodnie ze swoimi sumieniami wybrali w pierwszej turze jednego z dwóch kandydatów? A w drugiej turze wszyscy głosujemy na już wspólnego kandydata.
Niestety, kandydat z największą szansą na wygraną w drugiej turze, czyli Szymon Hołownia, nie był w stanie przeskoczyć do drugiej tury.
PiS było przygotowane na Trzaskowskiego To była rozsądna droga do wygrania prezydentury przez stronę opozycyjną. Było wiadomo, że w drugiej turze PiS jest przygotowane na Rafała Trzaskowskiego, a TVP ma gotowe skrypty postępowania. Pojawi się temat praw osób LGBT+, awaria Czajki, luka VAT-owska, reprywatyzacja, podniesienie wieku emerytalnego, a na końcu Platforma Obywatelska jako zło wcielone. Stratedzy PO musieli przecież o tym wiedzieć.
Rafał Trzaskowski pracowicie odklejał etykietkę PO i mienił się kandydatem obywatelskim. PiS-owi znacznie trudniej byłoby z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, a najtrudniej z Szymonem Hołownią. Nie byłoby „ideologii” LGBT, nie byłoby wracania do przeszłości, bo nie byłoby do czego wracać. Na pewno byłaby debata, bo Hołownia stawiłby się w każdym miejscu i warunkach. Każdy, kto widział i słyszał Hołownię w mediach elektronicznych, może sobie wyobrazić jego starcie z Dudą. Mówiłby świeżym językiem, bez naleciałości kliszy partyjnych, zrozumiałym dla zwykłego obywatela – to facet, który od lat odbywa spotkania autorskie w Polsce powiatowej i zbiera na nich po 100-150 osób, zna tych ludzi, zna te środowiska.
Dla niektórych jest celebrytą z talent show, co też może być atutem. Ale żeby to wiedzieć, trzeba wyjść z bańki warszawskiej, która wie wszystko lepiej. Hołownia nie ma doświadczenia? A cóż takiego załatwili obywatelom ci politycy z wieloletnim doświadczeniem? Poza ciągłym konfliktem? To i tak byłoby referendum PiS-antyPiS, więc doświadczenie nie miałoby wielkiego znaczenia.
Problem polega na tym, że takie podejście byłoby sprzeczne z interesem partyjnym Platformy Obywatelskiej, która po totalnym załamaniu się kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej znalazła się pod ścianą i najbardziej bała się utraty statusu lidera opozycji. Nikt jednak nie stawia zarzutu partyjności właśnie PO. Winni są inni. A przecież cała operacja z Rafałem Trzaskowskim od początku miała charakter ratunkowy i desperacki. Jak to się stało, że partia, która wyłoniła swoją kandydatkę w prawyborach, przedstawiła jej program na konwencji, nagle zmieniła kandydata i na długo zostawiła go bez programu? Zmiana kandydata była zrozumiała – Kidawa-Błońska była wystawiana na tzw. spokojne czasy, miała emanować spokojem i aurą osoby łączącej, a nie konfliktującej społeczeństwo. To miał być kontrapunkt dla agresywnego Andrzeja Dudy. Nie sprawdziła się jednak jako kandydatka na przywódczynię w czasach kryzysu, którego nikt nie mógł przewidzieć. To oczywiste, jednak co z programem? Czyżby główna partia opozycyjna wpisywała w te dokumenty cokolwiek, byle pasowało w konkretnym momencie? Rafał Trzaskowski przedstawił program w ostatniej chwili, na parę dni przed pierwszą turą, w dodatku zawierający pomysły inspirowane programem Szymona Hołowni. Dlaczego po prostu nie przejął programu Kidawy-Błońskiej? No ale Rafał Trzaskowski był już wtedy poza krytyką – wszystkiemu winni byli inni, a nie Platforma Obywatelska.
Czego brakuje Platformie? Platforma Obywatelska i wspierające ją autorytety nie pierwszy raz okazali się oderwani od rzeczywistości. Jeśli ta strona sceny politycznej w ogóle robi badania, to najwyraźniej nie rozumie ich wyników lub traktuje je wybiórczo i zgodnie z doraźnym interesem. Tak, tak, interesem partyjnym.
Po co opowiadać, że nic się nie zmieni w programie 500+, skoro 65 proc. Polaków jest za jego reformą w kierunku pozbawienia prawa do świadczenia najlepiej zarabiających? Przecież było oczywiste, że PiS i tak powie, że Trzaskowskiemu nie można wierzyć. Ale by pójść pod prąd, potrzeba odwagi, gotowości podjęcia ryzyka. Odwagi wymagało też pojechanie na debatę do Końskich, choćby po to, by publicznie powiedzieć, dlaczego nie weźmie się udziału w tej debacie.
Platformie i wspierającym ją publicystom brakuje także słuchu społecznego. Strona obywatelskiej opozycji jest zróżnicowana. Jest demokratyczna. I właśnie to stanowi potencjał jej siły. Oczekiwanie, że na wzór pisowski zmienimy się w jednolite wojsko, jest tyleż nierealne, co groźne. My nie chcemy być tacy jak PiS, chcemy z nimi wygrać na własnych warunkach. Do tego potrzeba mądrości, determinacji, otwartości na innych, zwykłej rozmowy, a nie partyjnych gier.
Postawa Szymona Hołowni po pierwszej turze dała Rafałowi Trzaskowskiemu więcej głosów, niż gdyby, jak chcieli niektórzy, stanął przy nim na wspólnej konferencji i jednoznacznie go poparł. Ludzie nie są bezwolnymi baranami i nie chcą być tak traktowani, Hołownia oparł swoją kampanię na dystansowaniu się do sporu PiS-PO i w ogóle partyjnej wizji polityki, jednocześnie jednoznacznie sytuując się po stronie opozycyjnej. Przyciągnął nowych wyborców, także tych zawiedzionych postawą PO w przeszłości, a nawet część potencjalnych wyborców Dudy. Pomysł, że po takiej kampanii, wychodzi do takich wyborców i mówi: „to wszystko, co wam opowiadałem, jest już w sumie mało ważne, głosujcie na Rafała Trzaskowskiego, bo to najlepszy kandydat”, nie wydaje się specjalnie trafny.
Wielu wyborców Hołowni poczułoby się oszukanych i w efekcie raczej w drugiej turze zostałoby w domu albo wróciło do głosowania na Andrzeja Dudę. Powtórzmy: przez podmiotowe traktowanie swoich wyborców Hołownia zapewnił Trzaskowskiemu maksymalną liczbę głosów, jaką był w stanie. Częściowo to ci sami wyborcy, którzy najpierw znosili obelgi i hejt w sieci ze strony wyborców Trzaskowskiego, a po drugiej turze nagle stali się obiektem zabiegów i próśb o pomoc. Takie postępowanie: najpierw pozwólmy na obrażenie przyszłych sojuszników, a potem każmy im o tym zapomnieć, naprawdę trudno uznać za przemyślaną i trafną strategię Platformy. A jednak niejako wbrew temu wszystkiemu większość wyborców Hołowni zapomniała, zacisnęła zęby i właśnie w imię racji stanu zagłosowała w drugiej turze na Trzaskowskiego. A teraz i tak słyszą, że zwycięstwo Dudy to ich wina.
PO musi się zmienić Platforma Obywatelska nie pierwszy raz zgrzeszyła stawianiem ponad rację stanu interesu partyjnego. Dopuszczenie do przegranej Bronisława Komorowskiego jest grzechem nie do wybaczenia, bo ówczesny prezydent po prostu od Platformy Obywatelskiej nie dostał wystarczającego wsparcia. Pomijając pychę i przekonanie, że „to się samo wygra”, pomijając nieudolność sztabu i błędy samego Komorowskiego, pomijając całą brudną kampanię rozpętaną wówczas przez PiS, to ten brak zaangażowania wynikał (być może przede wszystkim) z jeszcze jednego powodu. Platformie Obywatelskiej zależało wówczas, żeby Bronisław Komorowski nie wygrał w pierwszej turze, bo w partyjnej układance stałby się zbyt mocną figurą. A potem raz uruchomionej lawiny nie dało się zatrzymać.
Brakiem odwagi Platforma Obywatelska zgrzeszyła nie pierwszy raz. Zabrakło jej wtedy, gdy mając własny rząd i własnego prezydenta i mogąc wprowadzić istotne zmiany w państwie – wybrano „politykę ciepłej wody w kranie”. Zabrakło odwagi, gdy wypracowano mechanizmy ograniczania luki VAT-owskiej i nie wdrożono ich przed wyborami. W efekcie gotowe rozwiązania wraz ze wszystkimi propagandowymi benefitami przejął PiS. Zabrakło odwagi, by rozliczyć pierwsze rządy PiS, a w szczególności działalność Zbigniewa Ziobry.
Też nie pierwszy raz Platforma Obywatelska zgrzeszyła wspomnianym brakiem słuchu społecznego. Przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku specjaliści badający tendencje w kulturze prognozowali zachodzące zmiany w emocjach społecznych. Zostali wyśmiani. Przeoczono rosnące znaczenie Marszu Niepodległości. Nie wsłuchano się we frustrację osób zarabiających 3,5 PLN za godzinę pracy. Listę można ciągnąć.
W efekcie dostaliśmy wybory, w których opozycja kolejny raz poszła zgodnie z Mickiewiczowskim zawołaniem: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele i? Jakoś to będzie!”. Albo słynnym – i już całkiem współczesnym – o lataniu choćby na drzwiach od stodoły.
Dlatego, jako wieloletni, ale obecnie były wyborca Platformy Obywatelskiej, bardzo proszę: Platformo, zastanów się nad sobą i się zmień. Jeśli znów będzie trzeba, ja zagłosuję na Ciebie w ramach racji stanu i wyższej konieczności – nie dlatego, że mi się podobasz. Ale wielu tego nie zrobi. Nie przywiązuj się do tych 10 milionów głosów – to w dużej części nie są Twoi wyborcy. I to nie Rafał Trzaskowski jest ich liderem, a prosty konstrukt „byle nie Duda”. Nie daj się omamiać publicystom, że to inni są winni. To Ty, Platformo Obywatelska, jesteś winna porażek opozycji. I jeśli się nie zmienisz, jeśli nie zrobisz miejsca innym, to my – strona opozycyjna wobec obecnej władzy – nadal będziemy przegrywać wybory."
submitted by Kosiek to PolskaPolityka [link] [comments]


2020.05.07 08:37 pothkan Hołownia dzisiaj

Źródło (Facebook)
Nie za szybko z tym przywiązywaniem się do wyborów w lipcu, proszę. 23.05 wciąż w grze!
Gowin z Kaczyńskim coś tam sobie co prawda ustalili (swoją drogą - to paranoja, że o losach 38 - milionowego kraju i najważniejszych prawach jego obywateli, decyduje dwóch panów przy herbatce na Nowogrodzkiej). Tyle, że dziś Sejm może tylko przyjąć, albo odrzucić stanowisko Senatu. Swoje poprawki Gowin będzie mógł zgłosić dopiero na następnym posiedzeniu. A kiedy ono będzie? Zdecyduje pani Witek. Czyli - Jarosław Kaczyński. Poza tym, ta nowela musi później przejść jeszcze przez Senat. Na który wszystko będzie można zrzucić, że Jarki chciały dobrze, ale ten zły Grodzki zablokował.
A teraz najważniejsze: w międzyczasie od DZIŚ Kaczyński będzie miał w ręku uchwaloną ustawę, którą gazem podpisze Człowiek Podpis, a ona daje pani Witek prawo zrobienia wyborów 23.05, a Sasinowi prawo zrobienia wyborów na poczcie. Albo - jak zechcą - to później. Kaczyński ma więc wszystko, co chciał. I tylko od jego woli zależy, czy upokorzy teraz Gowina za to, co on przed chwilą odstawił, i zrobi go koncertowo w bambuko, a ten będzie znów rwał szaty i dramatyzował, czy też nie. Pamiętajcie, że Kaczyński postawił wszystko na te wybory w maju, i to będzie dla niego megaupokorzenie, że musiał się po drodze układać z jakimś Gowinem. Załatwi go jak Dudę przy zmianach w TVP. Duda myślał, że wygrał przez jakieś 24 h.
I to naprawdę paranoja, że doprowadziliśmy Polskę do miejsca, w którym wybory, najważniejszy akt demokracji, zależą od gangsterskich porachunków kilku nagrzanych na władzę kolesi, mających gęby pełne Polski, ale ręce pełne szwindli. Jeśli tego nie zmienimy, to - jak my naszym dzieciom spojrzymy kiedyś w oczy?
PS. A - i dla chętnych - jeszcze jedno. Sąd Najwyższy NIE MOŻE stwierdzić nieważności wyborów, których nie było. Bo muszą być ich WYNIKI. Nie będzie głosowania i wyników wyborów – nie będzie protestów (nigdy nie zacznie biec 14-dniowy termin do ich złożenia), nie będzie sprawozdania PKW (nie zacznie biec 14-dniowy termin do jego przedstawienia), SN nie będzie miał w oparciu o co stwierdzać ważności wyborów. Nigdy też nie zacznie biec 30-dniowy termin do podjęcia uchwały SN o ich ważności/ nieważności. I tyle a propos pomysłów na robienie sobie z SN drugiego TK, czyli politycznej pieczątki z dostawą na telefon.
submitted by pothkan to Polska [link] [comments]


2020.04.07 09:19 StorkReturns Czy bojkot wyborów 10 maja ma dla opozycji sens?

Naturalnie, że te wybory do kpina. Począwszy od tego, że nie było żadnej kampanii wyborczej, po łamanie absolutnie wszystkich możliwych terminów wprowadzania zmian w czasie gry, po bardzo mętne reguły głosowania korespondencyjnego, które nie wiadomo, czy będa uczciwe (czy w ogóle wykonalne, wrzucanie do skrzynki tylko w niedziele będzie oznaczało kolejki). Zatem bojkot, prawda?
Nie znam jednak w historii żadnego przykłądy bojkotu wyborów, który się skończył dla opozycji sukcesem. Z niewiadomych powodów każdy wybór, nawet nieuczciwy, ma jakąś magiczną aurę "głosu ludu". Może były jakieś udane bojkoty, ale ja znam tylko przegrane i tych drugich na pewno było dużo więcej. Można by było poprosić Unię o nieuznawanie wyniku tych wyborów, ale a) nie wiadomo, czy tak zrobi, b) Rosja i Chiny te wybory uznają i chętnie się powtrącają, c) Takiemu Maduro brak uznania wyników jakoś do dzisiaj nie przeszkodził.
Zatem są 2 złe wyjścia, a) zbojkotować, przegrać i prawie na pewno poza moralną satysfakcją nic z tego nie mieć, b) wziąć w tym udział, prawie na pewno przegrać i wyjdzie na to samo, a legitimizuje się tę farsę.
Oczywiście niewykluczone, że wyborów ciagle może nie być, wystarczy tylko ogłoszenie nawet na dzień przed wyborami stanu klęski żywiołowej, ale raczej do tego czasu będzie już po najgorszej fazie epidemii i nastroje strachu nieco opadną.
submitted by StorkReturns to Polska [link] [comments]


2019.10.06 18:59 Anonim97 Konkurs! Odgadnij tegoroczną frekwencję!

Jak sama nazwa wskazuje, mamy dla Was konkurs! Wasze zadanie będzie polegać na odgadnięciu tegorocznej frekwencji - do setnej części procenta - np. "21,37%". Prosimy również o podawanie liczby z przecinkiem, zamiast z kropką, ale nie jest to wymagane.
Jednakże są trzy proste zasady:
  1. Każdy ma prawo podania tylko jednej propozycji;
  2. Nie można edytować swoich propozycji. Jeśli edytujesz, zostaniesz zdyskwalifikowany;
  3. Macie czas na to do 12 października godz. 23:59. Po tej godzinie temat zostanie zamknięty.
Dla Waszej wygody tutaj znajdziecie frekwencję wyborczą z poprzednich lat.
Osoba która trafi idealnie, do setnej części procenta dostanie specjalną nagrodę. Jeśli nikomu się nie uda, nagrodę (już mniej specjalną) dostanie osoba która była najbliżej.
Nagroda zostanie przyznana do 3 dni roboczych od podania oficjalnych, pełnych wyników wyborów.
Powodzenia.
submitted by Anonim97 to Polska [link] [comments]


2019.07.06 15:19 LPX_64 Mój pomysł na sprawiedliwszą ordynację wyborczą

Wybory do parlamentu mają za zadanie wyłonić reprezentację społeczeństwa we władzy ustawodawczej. Reprezentację, czyli w teorii każda grupa społeczna, światopoglądowa, etc. powinna mieć swoje odzwierciedlenie w przekonaniach ludzi wybieranych do sejmu. To oczywiście piękna utopijna wizja. W praktyce taki zatomizowany podział w sejmie nie jest niczym dobrym, czego najlepszym przykładem był sejm wybrany w 1991. Bardzo mocno zróżnicowany parlament nie był w stanie wypracować żadnego konsensusu (oczywiście upraszczam, ale na pewno wpłynęło to na jakość prac sejmowych). Taki a nie inny podział mandatów wpłynął na wprowadzenie tzw. progu wyborczego, który odcina komitety o małym poparciu. Wybierana jest zatem reprezentacja bardziej istotnych poglądów panujących w społeczeństwie.
Z drugiej strony, demokracja to rządy większości przy zachowaniu poszanowania dla mniejszości. Tu znowu mamy piękną utopią wizję. Bezwzględna większość jednego ugrupowania w parlamencie powoduje zupełne pomijanie poglądów mniejszości, ba nawet prowokuje, do zanikania standardów demokratycznych w pracach parlamentarnych. Próg wyborczy (zwłaszcza ten dla komitetów koalicyjnych) oddał większość w ręce jednej opcji. Tutaj najlepszym przykładem są wybory z 2015.
Widzimy dwa skrajne przypadki, gdy ordynacja wyborcza i rozkład głosowania może spowodować rozdrobnienie partii w parlamencie, jak i oddać władzę (absolutną?) w ręce jednego ugrupowania. Zapewne domyślacie się, że moją tezą jest, że skrajności zawsze są złe i skoro mamy ustój demokratyczny to należy szukać systemowych rozwiązań, które wyeliminują takie przypadki. Momenty w historii tego kraju, gdzie rządziły koalicje różnych partii były z jednej strony demokratyczne a z drugiej w miarę efektywne. Do takiego umiarkowania powinniśmy dążyć.
Moim pomysłem jest nowe podejście do wspomnianego już dwukrotnie progu wyborczego. Niski próg wyborczy (lub jego brak) powoduje atomizację sił w parlamencie. Wysoki może oddać władzę w jedne ręce. Jaki powinien być więc próg wyborczy? Ruchomy! W zależności od wyników wyborów powinien oscylować od zera do kilku procent (powiedzmy, że obecnych 5%). Paradygmatem powinno być wyeliminowanie sytuacji, gdy jedna partia osiąga więcej niż 50% mandatów. Wychodzimy od standardowych 5% i obliczamy ilość mandatów. Załóżmy więc że maksymalnie można zdobyć 45% (40%?) mandatów. Jeżeli występuje taka sytuacja (gdy jedno ugrupowanie przekracza maksymalną wartość) wówczas zmieszamy próg. Tak ustalony próg wyborczy dla danego głosowania do sejmu i posłuży do obliczenia ilości manatów dla pozostałych ugrupowań.
Zapewni to wymuszenie rządów koalicyjnych, które z zasady zmuszają do dyskusji, ustępstw i umiarkowania, a jednocześnie wyeliminuje przypadki zbytniego rozbicia sił i parlamencie.
submitted by LPX_64 to Polska [link] [comments]


2018.10.26 00:00 pothkan Procentowe wyniki wyborów 2018

Mogło umknąć (widzę gdzieniegdzie wciąż operowanie exitpollowymi), więc wrzucam porównanie procentowych wyników wyborów samorządowych 2018 i dwóch poprzednich:
2018: PiS 34,2; KO 27,1; PSL 12,1; SLD 6,7; Kukiz 5,7; Bezpartyjni Samorządowcy 5,3; Wolność 1,6; Razem 1,6; Ruch Narodowy 1,3; Zieloni 1,2; Mniejszość Niemiecka 0,3; inne lokalne z mandatami (KWW Dutkiewicza i Wenty) 0,8; inne bez mandatów 2,1%. Frekwencja 55%.
2014: PiS 26,9; PO 26,3; PSL 23,9; SLD 8,8; NP (Korwin) 3,9; RN 1,6; Demokracja Bezpośrednia 0,8; inne lokalne z mandatami (wt. MN) 3,3; inne (bez mandatów) 4,6%. Frekwencja 47,4%.
2010: PO 30,9; PiS 23,1; PSL 16,3; SLD 15,2; Polska Partia Pracy 1,2; inne lokalne z mandatami (wt. MN) 3,7; inne (bez mandatów) 9,7%. Frekwencja 47,3%.
Zmiany w pp 2010/14 i 2014/18 (2010/18): PiS +3,8; +7,3 (+11,1); PO/KO -4,0; +0,8 (-3,2); PSL +7,6; -11,8 (-4,2); SLD -6,4; -2,1 (-8,5); lokalne/bezpartyjne z mandatami +0,4; +2,3; inne (poza ww.) -0,8; +3,4 (łącznie "poza wielką czwórką" -0,4; +5,7 (+5,3)).
Warto jeszcze zauważyć, że PiS dostał 5,3 mln głosów, czyli 400 tys. mniej niż w parlamentarnych 2015; zaś KO 4,5 mln, czyli 300 tys. mniej niż PO+.N razem.
Oczywiście pod kątem 2019 trzeba brać pod uwagę, że na kogoś (zapewne wszystkich po trochu) przejdzie ponad połowa głosów PSL, oraz całość komitetów lokalnych - łącznie bagatela, jakieś 2 mln.
submitted by pothkan to Polska [link] [comments]


2018.10.24 12:36 pothkan Analiza: PiS weźmie 6-7 województw

Podsumowanie wyników oficjalnych i szacunków, niby coś się jeszcze może zmienić, ale raczej niewiele.
6 pewnych dla PiS (z tego połowa wygrane o 1 mandat!):
7 8 pewnych lub prawie pewnych dla KO (przyjmuję, że dojdzie do koalicji z PSL):
2 niewiadome (z zapowiedzi - wskazanie na koalicje opozycji):
0 1 całkiem niewiadome:
Poza tym - z analiz wynika, że w stosunku do 2014 PiS zwiększył liczbę radnych sejmikowych o połowę (~260 vs 171), KO o kilka % (wobec wyniku PO), zaś PSL stracił ponad połowę (jest ~70, było 157). Przy czym strata PSL z grubsza równa się zyskowi PiS, zaś zysk KO - stracie SLD (spadek z 28 do 10).
Podsumowując - wbrew szacunkom na podstawie exit poll (sam jeszcze kilkanaście godzin temu byłem pewien że 3-4/16 to maksimum), PiS zdobędzie 6, a może nawet 7 województw (jeśli uda się mazowieckie, to będzie propagandowa bomba), a opozycja obroni 9-10. Nie jest to wprawdzie powalające zwycięstwo dla PiS, ale powiedzmy sobie szczerze - jest, bo zdobyli wszystkie spodziewane + bonusowo łódzkie, więc entuzjazm wypadałoby tutaj poskromić. Ja bym te wybory uznał za remis, bo rzeczywiście ww. równoważone jest przez klęskę w miastach. Tyle że prezydenci miast prezydentami, ale tam (w miastach 100K+) mieszka zaledwie z 20% (choć w wyborach widać ich bardziej, bo frekwencja lepsza). Brutalnie mówiąc - PiS stać na to, aby na miastach położyć laskę. A w świetle wyborów za rok te właściwie nic nie zmieniają. Tyle, że osłabione PSL może będzie łatwiej namówić do koalicji z KO w wyborach do PE.
submitted by pothkan to Polska [link] [comments]


2018.09.10 22:55 Gazetawarszawska Sfałszowane wybory 2018 w Szwecji

Wyniki wyborów 2018
Poinformowano z całego kraju do masowych oszustw prowadzone w wielu sposobów, z oczywistym zamiarem Burzenie Szwedzcy Demokraci wyników wyborów z prawie 30% do ponad 20%. Odsetki są olbrzymie czytać ten informuje Markus Andersson, redaktor naczelny Nowego dziennie (NYD). Ich strona jest całkowicie przeciążona, a NewsVoice ma możliwość opublikowania najnowszego artykułu NyD Strona NyD stają się całkowicie niedostępne. Strona ogłasza "closed.loopia.com" - Torbjörn Sassersson, NewsVoice

http://www.gazetawarszawska.com/cgi-sys/suspendedpage.cgi

Tekst: Markus Andersson, redaktor Nya Dagbladet Artykuł został zaktualizowany o 18:20
📷Markus Andersson - Zdjęcie: NewsVoice
Po migracji problem od kilku lat jest konsolidowana jako niewątpliwie ważna kwestia polityczna w szwedzkiej polityce, poparcie dla szwedzkich demokratów zostało zepchnięte na wyżyny. Po dyskusji, zwieńczona ostatnich tygodniach rozległych pożarów samochodów w całym kraju zaczęły nawet najbardziej znany analityk polityczny w Szwecji jako SVT Mats Knutson i TV4 Marcus Oscarsson mówić o Szwedzkich Demokratów jako partia, która ma szansę stać się największą partią w Szwecji po wyborach parlamentarnych.
W ankietach z instytucji takich jak Yougov / Metro, które były najdokładniejsze pod względem wyników Szwedzkich Demokratów w poprzednich wyborach, partia stała się największą partią w kilku pomiarach. W czerwcu strona osiągnęła 28,5 w pomiarze Yougov / Metros.
W najnowszym pomiarze Sentio pozostały mu tylko dni do wyborów, które osiągnęły SD 24,0 procent była to więc największa impreza, ale według Arve Östgaarda, który prowadzi instytut badawczy Sentio, Rada stwierdziła, że ​​SD może uzyskać tyle, ile 29 procent w wyborach.
Tradycyjne otwarte badania opinii publicznej historycznie zawsze lekceważyło partie takie jak SD, a wyniki wyborów mają miejsce, gdy wyniki źle się liczą z kilkoma punktami procentowymi. Nawet w sondażach, które nie doceniają partii, liczby przekroczyły 20% marginalnie.
Po zakończeniu odliczania Zeszłej nocy SVT zaprezentowało szwedzkiemu demokratowi wynik końcowy w granicach 5-10 punktów procentowych w prawie wszystkich pomiarach. Według SVT strona otrzymuje jedynie 17,6% i nie dociera nawet do strony jako druga co do wielkości impreza.
Według sondażu przeprowadzonego przez SVT który został zaprezentowany wczoraj wieczorem, gdy salki balowe się zamknęły, partia otrzymała 19,2 proc. sondaży mają tendencję do nadawania tych samych błędnych wyników na Szwedzkich Demokratów, podczas gdy nadal istnieje tabu o otwarcie pokazując sympatię do partii. Niemniej ostateczne wyniki wyborów są znacznie poniżej tych liczb.
Valfusk jest zgłaszany z całego kraju
Rano w dniu wyborów Zaczęło nalewać wskazówki dotyczące oszustw wyborczych w całym kraju. Elektorzy, którzy odwiedzili sale balowe, stwierdzili, że w kilku miejscach w kraju brakowało kart do głosowania, zwłaszcza dla szwedzkich demokratów. Nawet partia Alternatywy dla Szwecji i nordyckiego ruchu oporu zostały poddane tego rodzaju oszustwom wyborczym, choć w mniejszym stopniu.
W niektórych miejscach parkingowych Szwedzkie zwoje Demokratów nie zostały nawet spakowane. Gdzie indziej, rolki zostały oczywiście skradzione. Fakt, że karty do głosowania zostały zamaskowane przez karty wyborcze innych stron, były, według raportów, również powszechne.
Inne poważne elementy polegały na tym, że wyborcy w salach balowych zostali poproszeni o niezamknięcie kopert za pomocą kart do głosowania przed ich przesłaniem. Obrazy od czytelników pokazały, że instrukcje te są otwarte za ekranami wyboru, w których umieszczasz rolki w kopertach.
Zgłoszono również dodatkowe zgłoszenia. Na przykład, prokuratorów wyborczych łaskotano, zaznaczając strzałki ołówkiem, chociaż należy to robić za pomocą pióra atramentowego zgodnie z zasadami.
Wiele osób w tej turze wyborów narzekali Jak otworzyć zmuszony pobierać głosy zarówno dla urzędników i wyborców wyborów, który naruszył zasadę głosowaniu tajnym, które mamy w Szwecji i dlatego cierpiał innym zobaczyć, która strona zamierzają głosować.
Międzynarodowa obserwacja wyborów: "nigdy nie widziałem wyboru tak niedemokratycznego jak szwedzki "
Szwedzkie wybory były monitorowane po raz pierwszy przez międzynarodowych obserwatorów wyborów z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie OBWE.
Michael Aastrup Jensen z duńskiego delegacja OBWE Jak wcześniej obserwowaliśmy wybory w Rosji i wielu innych krajach Europy Wschodniej były zaskoczone subtelnym szwedzkim systemem głosowania.
"Podczas wszystkich obserwacji wyborczych, w których byłem, nigdy nie widziałem wyboru tak niedemokratycznego jak szwedzki. To daleko od standardów europejskich - powiedział TT.
Chociaż zakres kryształowo przypadków oszustwa wyborczego, takich jak karty do głosowania skradziony i wyrwane z dala lub nawet nie podniósł jest trudne do uchwycenia dla redakcji da Obszerne dane wskazanie skali problemu.
Niepewny zakres Ten rodzaj oszustwa wyborczego mimo wciąż nie wyjaśniając różnicę pomiędzy pięć do dziesięciu punktów procentowych jak Szwecja Demokratów drop porównaniu z oczekiwaniami i sondaży w ciągu zaledwie jednej nocy.
Kran jest tak duży, że można się spodziewać innego rodzaju manipulacji.
📷
Dlaczego strona wyborcza została zamknięta i dlaczego głosy spadły do ​​17,6%?
W nocy strona internetowa hrabstwa została nagle zamknięta, Za raporty wyborcze odpowiedzialne są zarządy okręgów, a zatem są one organami, które powiada twój okręg wyborczy w swoich wynikach głosowania. Nawet strona internetowa szwedzkiego organu wyborczego została zamknięta podczas nocnej fermy.
Strona internetowa County Administrative Board została zamknięta przez władzę z powodu "powodów bezpieczeństwa". Brak dalszych wyjaśnień nie dano i pomimo tego poważnego incydentu nie komentował tej strony władzy centralnej musiały zostać zamknięte albo przez samych radach powiatowych administracyjnymi lub przez szwedzką Agencję Contingencies Cywilnego. Strona informacji kryzysowych od szwedzkich władz krisinformation.se nie informuje również o zamknięciu hrabstwa.
Bez narzekania na tym etapie daleko idące spekulacje, istnieje uzasadnione podejrzenie, że jedna lub więcej rzeczy nie kwalifikowało się do szwedzkich wyborów. Poza fałszerstwami, których mogli doświadczyć wyborcy, kiedy zdali i głosowali w całym kraju, cyfrowa manipulacja wynikami wyborów mogła być najpoważniejszą rzeczą, jaka się wydarzyła.
Mówiono powszechnie o ryzyku o wpływy zagraniczne w wyborach szwedzkich ze stroną promującą "siły ksenofobiczne", takie jak szwedzcy demokraci. Skoncentrowano się na tym, jak mogłoby to zaszkodzić staromodnym partiom, a podejrzenia zostały skierowane przeciwko rosyjskim hakerom. W wyborach w USA mówiono o podobnym wpływie, w którym system głosowania w USA mógł zostać zhakowany, w przypadku niekorzystnej sytuacji Hillary Clinton.
To, że systemy cyfrowe mogą być manipulowane, zacznie być szerzej znane. Że istnieją potężne siły, nie tylko w kraju, ale również na zewnątrz, które wyglądają bardzo niepokojące jeżeli strona Szwedzcy Demokraci staną się największą partią w szwedzkiej polityce z opinią publiczną i legitymacji przyniosłoby to z nim jest całkiem jasne jak słońce.
Manipulacja dane może być bardzo wyrafinowanym rodzajem. To pokazuje nie tylko Google i własne algorytmy Twitter w sprytny sposób, użytkownicy mogą uwierzyć, że mogą swobodnie udostępniać materiały w praktyce natomiast zostać osiągnięte przez bardzo ograniczonej liczby odbiorców.
Poza koniecznością ożywionej debaty, podaje się zgłoszone oszustwo wyborcze zarówno z powodu wcześniejszego głosowania w całym kraju, jak i samego dnia wyborów. Ale że pojawiły się również bardziej wyrafinowane cyberataki na szwedzki system głosowania, w tej sytuacji nie można wykluczyć i należy je dalej badać.
Tekst: Markus Andersson, redaktor Nya Dagbladet
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.09.10 22:41 Gazetawarszawska Sfałszowane wybory 2018 w Szwecji

Jest faktycznie pewne to, że wybory do parlamentu, regionów i komun w Szwecji zostały sfałszowane.
Wybory wygrała partia SD Svenska Demokrater, która przypuszczalnie otrzymała 27% głosów – zgodnie z prognozami.
Dokonano jednak bezczelnego i brutalnego oszustwa:
Zaraz po podliczaniu pierwszych głosów, kiedy okazało się, że głosy oddane na SD przekroczyły grubo 20%, a dwie partie spadły poniżej progu wyborczego, to oficjalna państwowa strona informacyjna podająca wyniki online załamała się.
Potem, po dużym zamieszaniu, wznowiono bieżące podawania wyników, ale SD miało już tylko ok.18%, żeby na sam koniec wieczora spaść do 17,6%, zaś outsiderzy spisani na starty nagle przekroczyli progi wyborcze i to nawet z dużymi marginesami.
Tak więc, pod koniec dnia wyborczego, Szwedzcy Demokraci nie są już ani pierwszą partią – jak to wstępnie wysondowano - ani nawet drugą, ale spadli na trzecie miejsce.
Wyborcze skutki tego oszustwa są takie, że status quo utrzymuje się dalej i czerwono- zieloni są powtórnie największym ugrupowaniem, które utworzy rząd mniejszościowy, i który tak dalej będzie wyniszczał Szwecję, jak to czynił do tych wyborów.
Aby Szwedom dodatkowo umaić dzień wyborów, do szwedzkiej telewizji SVT zaproszono takich komentatorów jacy widnieją na poniższym zdjęciu,
………………………
posiadaczy oryginalnych nazwisk: tureckich, arabskich i pakistańskich, których prezentowała ta Szeherezada po prawej.
A ciekawe jest nie tylko to.
Tu na zdjęciu widać, jak żydzi kibicują w wyborach nacjonalistycznej, ksenofobicznej antysemickiej partii SD.
…………………………………
Ten z brodą to szwedzki Daniels, znany z naszego dawnego artykułu o tresurze Dudy.
+
Po przeczytaniu art. na https://nyadagbladet.se/.../rapporter-om-valfusk-pa-flera-hall-i-land..., który opisał to co sami zauważyliśmy,
napisaliśmy mail z zapytaniem do redakcji, czy możemy przedrukować art. na naszym portalu
https://gazetawarszawska.com

Gazetawarszawska.com ten b. ciekawy art. Odpowiedz nie nadeszła, ale ku naszemu zaskoczeniu nasza strona została nagle wyłączona ………….
– wg wyjaśnień administracji – coś bardzo dziwnego stało się z naszymi danymi DNS i serwer pokazywał innego właściciela niż my sami. Zmiany - reklamacje- mają trwać kilka godzin i na chwilę pisania tych słów nasza strona jest „suspendowana”.
Nasze zdziwienie sięga jednak zenitu, kiedy ponownie weszliśmy na strona https://nyadagbladet.se, która – co się okazało również została wyłączona.
I zastanawia nas, czy inwigilacja e-poczty jest tak daleko posunięta, że kontrolerzy odczytują maile na bieżąco, czy jest to zwykły zbieg okoliczności.
To znaczy nie jest to zbieg okoliczności, bo żydowska agentura w Polsce w postaci https://warszawskagazeta.pl organizuje ciągły terror przeciwko nam i to zamknięcie naszej strony, może być skutkiem działania tych podcieraczy „Warszawska Gazeta”, tu na zdjęciu jeden z tych szmondaków, który podaje namiary celu akcji terrorystycznej przeciwko naszemu portalowi i Cierpiszowi.
+
I ostatnie. W Polsce wśród tego durnego motłochu słyszy się kpiny i żarty na temat tego, co dziej się w Szwecji: Kalifat, idioci, araby, „są tego warci” etc.
Po pierwsze żaden człowiek na poziomie nie ma satysfakcji z cudzego nieszczęścia.
Po drugie już raz tak było, że Szwecja zniewolona - przez judaizm protestantyzmem – uderzyła na nas z północy i wymordowała nas do poziomu połowy populacji. Spalona ziemia i cierpienia!
Teraz może być podobnie, muzułmańska Szwecja poderżnie nam gardła, a nasze kobiety sprzeda do afrykańskich burdeli.
Z czego tu się śmiać?!
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.22 21:48 Gazetawarszawska Zamach stanu PKW

PUGNAE 21 AUGUST 2018
+++
WYBORY 2014:
Wszystkie żydy i ich prostytutki na pokład!
– polskie goje 2014 ocknęły się!
Po 25 latach kradzieży, mordów rytualnych i rabunkowych, teologii antychrysta, masowego ogłupiania dzieci i młodzieży, po seryjnych oszustwach wyborczych, goje nagle pytają o rezultaty wyborów samorządowych. Goje czują się oszukane i nawet to artykułują - zrobiło się niebezpiecznie! Trzeźwy Polak jest żydowi śmiertelnie groźny, kiedy jako otrzeźwiały pyta, to i zacznie czynić, co może być już tylko kwestią czasu.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/1782-zamach-stanu-pkw



Nawet, …….!
Nawet kiedy polskim gojom daleko jest jeszcze do zbiorczego i systemowego sformułowania problemu jako całości, bo np. zawstydzeni nauczaniem Jana Pawła II nie pytają o apartheid na najwyższych szczeblach władzy w Polsce, ani o jakąkolwiek przejrzystość w kwestii przeglądu ingerencji obcych państw w struktury polskiej administracji – bo to pachnie antysemityzmem, to jednak sprawa jest groźna: MOTŁOCH TRZEŹWIEJE, BUNTUJE SIĘ.
Po kilku dniach bezczelnych bełkotów członków PKW, którzy na konkretne pytania w sprawie skandalu wyborczego odpowiadali zgodnie, że problemu nie ma. A jeśli - ewentualnie - mogą wystąpić lokalne niejasności czy złamanie prawa – a co i tak marginalne - to trzeba oddać sprawę do sadu w tym powiecie, który jest terytorialnie właściwy i sąd sprawę rozpatrzy rzeczowo i zgodnie z prawem, czego nie potrafiłby nigdy uczynić ktoś, kto stawia państwowej komisji takie głupie pytania.
Wspomniana PKW podczas zadekretowanej konferencji prasowej – tej już ostatniej z całej serii - nie potrafiła odpowiedzieć na tak proste pytania jak: zależność pomiędzy ostatecznie wyliczoną ilością mandatów, a wartościami procentowymi.
Mimo lub z tego powodu - konieczności rzucenia hasła mobilizacji we własnych szeregach - opublikowano dwa koszerne przekazy:
- Wyniki już są i pozostaną ostateczne, a to pod hasłem: „nic takiego się nie stało”.
- Wyborów nie można unieważnić – bo to nie jest możliwe. „To nie jest możliwe”zostało podane jako hasło do akcji - identyfikator.
Tak też się stało, akcja „to nie jest możliwe” ruszyła pełną parą zaraz po konferencji. Ale – zaradnie - zakulisowi animatorzy tego sloganu rozpuścili biegiem po Warszawie swe autorytety moralne i intelektualne już nieco wcześniej, bo w sobotę rano. Autorytety te - tak z aparycji jak i faktycznych powiązań - to głównie kahał warszawski, ale i podcieracze też są widoczni.
Kahał warszawski to ta - od 1945 roku - nienaruszona przestępcza sitwa żydowska, która trzyma władzę i to faktycznie nie tylko nad Warszawą, ale i nad całą Polską. To kahał mianował pierwszych sekretarzy PZPR, to gojscy mężowie córek żydowskich otrzymywali pozycje ministerialne jak aparycyjni Polacy, to kahał wywoływał Wydarzenia1956, Wybrzeże, Poznań, „Solidarność” – jej wzrost i upadek, to najprawdopodobniej kahał zrobił jednego ze swoich posoborowym papieżem i co najważniejsze - dał niemały wkład w spreparowanie tej trucizny, jaką był ów Sobór.
Kahał warszawski jest wielki! I jeżeli to kahał zabrał głos w sprawie wyborów, to znaczy, że sprawa jest najwyższej wagi. I kiedy to kahał orzekł, że głosowania nie da się unieważnić, to tak ma być - klamka zapadła.
"Unieważnienie głosowania niemożliwe" stało się hasłem soboty i niedzieli. W ramach kahału wystąpiły w masmediach - a niektóre wielokrotnie - takie kwiaty koszeru (wyliczamy jedynie niektóre) jak: Chmaj, Boni, Święcicki, Cimoszewicz, Zoll, Łętowska, Winczorek i Konarski - naukowiec.
Konarski – naukowiec był w zasadzie najświeższy umysłowo w tym bukiecie, bo zaklinając kamerę telewizyjną zwrotem lojalności wobec kahału „to nie jest możliwe”,wyskoczył najmądrzej ze wszystkich. Bo cyzelując hasło tej najnowszej lojalki, rzucił do dziennikarza: „… jeżeli ktoś utrzymuje to, że wybory zostały sfałszowane, to niech to udowodni!” Jego umysł naukowca błyskotliwie wykalkulował to, że dowodów na oszustwo wyborcze to nawet PKW nie posiada, bo przecież wyniki zostały wzięte z powietrza, a naukowcy wiedzą, że powietrze jest ulotne – a wraz z nim jakieś tam dowody. Konarski-naukowiec do szkoły chodził, historii się uczył i wie, że w referendum „3 x TAK” głosów nikt nie liczył, bo wszystkie kartki zostały zniszczone. „… jeżeli, ktoś utrzymuje to, że wybory – referendum – 3 x TAK - zostały sfałszowane, to niech to udowodni!”
W poniedziałek magister historii wezwał do siebie elity sądów i legislatury, które potwierdziły „to nie jest możliwe” i rozszerzyły to na inne zagadnienia, jak np. precedens prawny dotyczący drastycznego skrócenia kadencji tych samorządów.
Animatorzy wypowiedzi magistra Komorowskiego idąc na fali masowego poparcia elit tak zagalopowali się w swojej głupocie - a co Komorowski wydukał jako swoje i oświadczył - że powstałoby poważne niebezpieczeństwo rozszerzenia się precedensu skracania różnych innych kadencji. Komorowski stwierdził, że odchodzący sejm – widząc swą przegraną w wyborach, może (bazując na tym precedensie) skrócić kadencję następującego sejmu i że jest to niebezpieczne dla demokracji.
Magister nie zauważył tego, że sejm jest władny uczynić wszystko i np. jeżeli odchodzący sejm skróci kadencję nadchodzącemu sejmowi, to ten (nadchodzący) - jak tylko się zbierze - to tę skróconą kadencję sobie wydłuży i to o tyle, o ile zechce, bo Sejm wszystko może. No ale słabość umysłowa Komorowskiego nie jest wrodzona, ale wynika z wycieńczenia ogromnym trudem pisania w równie trudnej młodości pracy magisterskiej w dwa tygodnie, więc musimy to zrozumieć.
Co ważne. Po zmęczonych twarzach autorytetów i legislatury widać wyraźnie całkowity brak młodego narybku. A prostytuujący się młodzi dziennikarze czy Konarski - z finezyjnością swojej bródki, której charakter zmienności zastanawia, czy aby ten naukowiec nie przejawia zbytniego zainteresowania wobec małych dziewczynek lub podobne - tłumu młodych i prężnych nie czynią.
Pamiętając czasy „Solidarności” wspominamy chmary niemal bardzo młodych żydów, a już zahartowanych w walce i mających wielkie wsparcie żydowskich elit w Polsce i za granicą, tworzących witalny organizm, którego w obecnej Warszawie nie ma. W Polsce roku 2014, gdzie widać na ulicach całe watahy żydostwa, zauważamy jednak lukę pokoleniową nowych intelektualistów- wywrotowców żydowskich w Polsce. Kuroń, Michnik, Geremek, Mazowiecki, cała ta chmara KOR-owców, kahału okupującego „Solidarność” Mazowsze, nie mają swych następców. A działacze tzw. RN czy zagony Mikkego to oczywiście wielkie niebezpieczeństwo dla Polski, ale są to gracze niskiej klasy – miernoty nawet.
Ta słabość pokoleniowa żydów w Polsce jest wielką szansą dla Polaków, którzy choć skrajnie wyczerpani, to mogą jednak spróbować podjąć walkę o władzę!
Okazją do jakiegoś zaczynu organizacyjnego jest właśnie uzupełniające faza wyborów. Jest ona ważna z dwóch powodów:
- zmobilizowanie się mas polskich w pójściu do wyborów z głosowaniem na PiS, z równoczesnym rygorystycznym patrzeniem na ręce „komisjom”, będzie najlepszą formą praktycznego wykazania oszustwa w pierwszej fazie. Bo łatwo okaże się to, że faworyci pierwszej tury dostali znacznie mniej głosów niż poprzednio i będzie to ukazanie autentycznych głosów poparcia na kandydatów.
- okazji na zmobilizowanie mas polskich do utworzenia trwałych struktur organizacyjnych przy okazji organizacji wyborów uzupełniających. Struktury te powinny pozostać żywe po wyborach i dać zalążki nowych polskich katolickich ruchów politycznych. Polacy mają inteligencję emocjonalną i trud czy zagrożenie lub potrzeba walki uruchamiają w nich lwią naturę, a wtedy są śmiertelnie groźni dla każdego. Wybory są okazją do obudzenia się i działania!
Licząc zaś głosy nie należy zaś dawać posłuchu różnym oszustom, którzy proponują licznie na kalkulatorach, komputerach, czy wstukiwanie danych do sieci komputerowej PKW. Mało oświecona w komputerach ciotka na emeryturze dobrze wie to, że każda transakcja bez pokrycia w papierze jako pokwitowaniu jest łatwo wydana na pastwę manipulacji. Przezroczyste urny i kamery w lokalach wyborczych są bez sensu, o ile potem wrzucimy te dane do komputera, który będzie miał różne trojany i podobne operatory, które będą dopasowywać ilości głosów do z góry zaplanowanego rezultatu. Trzeba pamiętać słowa Stalina:
„ to nieważne, kto jak głosuje, ale jest ważne to, kto głosy liczy”
Tu głosy są liczone przez spreparowane komputery i są one tanim substytutem aparatu władzy marszałka Stalina. Żaden komputer czy program sieciowy nie jest bezpieczny! I jeśli jakiś „specjalista” zapewnia tu o bezpieczeństwie, to jest on albo głupcem, albo oszustem. http://gazetawarszawska.com/scientia-et-arte/642-pkw-komputerom-nie-ufac
Gdyby komputery były bezpieczne jako dokumentacja, to nie byłaby możliwa gigantyczna kradzież naszych pieniędzy przez banki. Banki kradną ludziom miliardy dolarów dziennie i nikt nie jest w stanie się przed tym obronić. Gdyby nie było „przelewów komputerowych”, ale jedynie banknotowe, to nigdy ani Cypr, ani Grecja nie popadłyby w takie zadłużenie, które jest zadłużeniem spreparowanym przez komputery, a nie faktycznym. Kiedy Obama przekazał amerykańskim bankom 600 miliardów dolarów ratunkowych przed bankructwem, to już w miesiąc po przelewie nie mógł sprawdzić tego, jak te gigantyczne środki zostały spożytkowane. Banki, które otrzymały te pieniądze odpowiedziały Obamie, że nie mają pojęcia co do tego, co stało się z tymi dolarami. Przypuszczalnie gigantyczne zadłużenie Polski jest możliwe głównie w oparciu o transakcje komputerów, bo wożenie banknotów ciężarówkami wymaga klasycznego dokumentowania przelewów i wtedy kraść trudno. (pomijając to, że naprawdę może być fikcyjne, tzn. żadne pieniądze nie przepłynęły przez gospodarkę, ale taki „quasi-dług” pozostał!)
W czasach „Solidarności” głosowaliśmy ręcznie, liczyliśmy logicznie i strukturalnie w głowach, i spisywaliśmy papierowe protokoły, błędów nie było i praca szła błyskawicznie. Wszystko było „na wierzchu”, ale i pod kluczem. Aby nas oszukać, zarządy przedsiębiorstw proponowały pomoc w liczeniach głosów i jeżeli jakaś organizacja związkowa taką pomoc przyjęła, to zawsze źle się to skończyło.
Głosy należy liczyć ręcznie, spisywać ręcznie, tworzyć strukturalne protokoły łatwe do ponownej kontroli. Aby jednak wykorzystać nowe środki do komunikacji czy podwójnej kontroli, należy utworzyć logiczny system stron internetowych, które natychmiast będą publikować wyniki. Każda komisja powinna mieć swoją własną stronę internetową, daje to prosty dostęp do wyników i ich kontrolę. Zwykli licealiści mogą napisać program, który będzie automatycznie liczył tak opublikowane głosy, sumował je na okręgi, partie czy osoby oraz rysował wykresy.
Tu jest okazja do jakiegoś skromnego choćby, ale jednak porachowania się z tymi oszustami. Teraz już jest niemal oczywiste, że wszystkie wybory w Polsce po 1989 roku były oszukane. Tu i teraz – w 2014 r. - nie było pod ręką kolejnego Leppera, którego można by powiesić i tak zwolniony elektorat zmanipulować na korzystny dla siebie wynik wyborów. Tu źle poszło, to rzuca się w oczy, w tych wyborach PiS dostał prawdopodobnie 40-50 % głosów, co zszokowało oszustów, którzy mieli przygotowany plan i symulator komputerowy, ale na inne marginesy oszustwa. To zapewne z tego powodu trzeba było wszystko przerwać i obwiniać jakąś drobną firmę komputerową o niedociągnięcia. Zdecydowano, że tak wielką ilość głosów, która padła na PiS, trzeba rozpisać na głosy nieważne, a resztę oddać na PSL, które jest partią miernot, a więc jest nieszkodliwą politycznie, a która i tak stanowi konieczne uzupełnienie koalicyjne dla PO.
Samo głosowanie i dokładne wyliczenie głosów obecnie ma charakter również przyszłościowy, bo utrudni oszustwa w przyszłych wyborach, o ile przed tym nie nastąpi załamanie państwa lub powołanie jego nowych struktur, np. unii polsko-izraelsko-ukraińskiej, na co się zanosi.
Polacy mają inteligencje emocjonalną, a wbrew temu, co się im mówi, są narodem o wybitnych zdolnościach organizacyjno-socjalnych. Trudno znaleźć takich drugich, którzy potrafią pracować tak wydajnie, zgodnie i innowacyjnie, jak zespół Polaków. Stan chaosu zauważalny u Polaków nie tylko po upadku „Solidarności”, ale w okresie przed i po powstaniowym, był prostą funkcją złamania homogeniczności nas jako narodu Lechitów i pogwałcenia jego Ethosu. W nasz krwioobieg został wpuszczony dziegć żydowski, który przez wieki zatruwania nas i zniewalania przystąpił do ostatniego etapu wyniszczenia nas, a co widać w tych wyborach. Obecność żydów w naszym życiu bardzo negatywnie wpływa na wspomnianą emocjonalność, która jest ważnym czynnikiem budowy wspólnego polskiego dobra.
Jak mamy budować wspólnotę narodową, kiedy w Polsce wszytko jest żydowskie, z żydowskim natręctwem, nieukaranymi ludobójcami żydowskimi, bezczelnością, brakiem kultury i nieodpowiedzialnością za wspólne dobro, z narzucaniem Polakom żydowskiej ohydy, z wstrętną estetyką muzyczną, potworą ekspresją w malarstwie i rzeźbie, gdzie piękne kiedyś interiory kościołów katolickich zostały zastąpione przez przerażająca ornamentykę żydopiekła. Nawet krzyż na karatece pogotowia zastąpiono gwiazdą dawidową. Przy pozdrowieniach zaniechano Laudetur Iesus Christus (+) poprzez „szczęść boże”, gdzie 50 lat po Soborze jest już pewne, że nie chodzi tu o Boga - Trójcę Przenajświętszą, ale o Yaweha – pustynnego demona.
Żaden bełkot przygłupów i prześmiewców wmawiający nam „żydów i cyklistów” nie może nas zbić z tropu! Sytuacja Polaków jako narodu jest katastrofalna i to głównie z powodu obecności żydów w naszym bycie. Żydzi są szkodliwi nie tylko nam, bo wszędzie tam, gdzie się pojawią, upadają całe narody. Kanibalistyczny gwałt na Rosji, zniszczenie Polski, upadek Zachodu i USA to skutki ich wpływów. Nawet w samymi Izraelu następuje podział na żydów i Izraelczyków, i tam też żydzi są postrzegani jako zagrożenie.
My mamy ich dosyć i to w najwyższym stopniu, i ani nie możemy na nich głosować, ani wspólnie liczyć głosów. Trzeba to pamiętać.
Ktoś ma wątpliwości co do tego, kto stoi za oszustwami PKW? Niech rzuci zatem okiem na wystrój graficzny PKW - cała ornamentyka Komisji jest judaistyczna, jest to żydowski podpis. I nie bądźmy antysemitami - uwierzmy i Komisji, i żydom, podpisy żydowskie składane licznymi motywami gwiazd dawidowych na planszach PKW oraz figury rodem z „Umarłej Klasy” Kantora dają nam rękojmię do:
….. to żydzi, żydzi w PKW, żydzi fałszerze wyborów.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
25.XI.2014
PS
(+)
Laudetur Iesus Christus
Laudetur Iesus Christus
lub Laudetur Jesus Christus (z łaciny: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus) – tradycyjne powitanie rzymskokatolickie, używane przez członków tej wspólnoty religijnej, popularne także w Polsce[1].
Odpowiedzią na powitanie jest na ogół:
In saecula saeculorum. Amen.
(„Na wieki wieków. Amen.“) lub „Nunc et in aeternum! Amen" („Tteraz i zawsze! Amen“)[1].
+++
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.21 22:36 Gazetawarszawska Zamach stanu PKW

+++
WYBORY 2014:
Wszystkie żydy i ich prostytutki na pokład!
– polskie goje 2014 ocknęły się!
Po 25 latach kradzieży, mordów rytualnych i rabunkowych, teologii antychrysta, masowego ogłupiania dzieci i młodzieży, po seryjnych oszustwach wyborczych, goje nagle pytają o rezultaty wyborów samorządowych. Goje czują się oszukane i nawet to artykułują - zrobiło się niebezpiecznie! Trzeźwy Polak jest żydowi śmiertelnie groźny, kiedy jako otrzeźwiały pyta, to i zacznie czynić, co może być już tylko kwestią czasu.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/1782-zamach-stanu-pkw


Nawet, …….!
Nawet kiedy polskim gojom daleko jest jeszcze do zbiorczego i systemowego sformułowania problemu jako całości, bo np. zawstydzeni nauczaniem Jana Pawła II nie pytają o apartheid na najwyższych szczeblach władzy w Polsce, ani o jakąkolwiek przejrzystość w kwestii przeglądu ingerencji obcych państw w struktury polskiej administracji – bo to pachnie antysemityzmem, to jednak sprawa jest groźna: MOTŁOCH TRZEŹWIEJE, BUNTUJE SIĘ.
Po kilku dniach bezczelnych bełkotów członków PKW, którzy na konkretne pytania w sprawie skandalu wyborczego odpowiadali zgodnie, że problemu nie ma. A jeśli - ewentualnie - mogą wystąpić lokalne niejasności czy złamanie prawa – a co i tak marginalne - to trzeba oddać sprawę do sadu w tym powiecie, który jest terytorialnie właściwy i sąd sprawę rozpatrzy rzeczowo i zgodnie z prawem, czego nie potrafiłby nigdy uczynić ktoś, kto stawia państwowej komisji takie głupie pytania.
Wspomniana PKW podczas zadekretowanej konferencji prasowej – tej już ostatniej z całej serii - nie potrafiła odpowiedzieć na tak proste pytania jak: zależność pomiędzy ostatecznie wyliczoną ilością mandatów, a wartościami procentowymi.
Mimo lub z tego powodu - konieczności rzucenia hasła mobilizacji we własnych szeregach - opublikowano dwa koszerne przekazy:
- Wyniki już są i pozostaną ostateczne, a to pod hasłem: „nic takiego się nie stało”.
- Wyborów nie można unieważnić – bo to nie jest możliwe. „To nie jest możliwe”zostało podane jako hasło do akcji - identyfikator.
Tak też się stało, akcja „to nie jest możliwe” ruszyła pełną parą zaraz po konferencji. Ale – zaradnie - zakulisowi animatorzy tego sloganu rozpuścili biegiem po Warszawie swe autorytety moralne i intelektualne już nieco wcześniej, bo w sobotę rano. Autorytety te - tak z aparycji jak i faktycznych powiązań - to głównie kahał warszawski, ale i podcieracze też są widoczni.
Kahał warszawski to ta - od 1945 roku - nienaruszona przestępcza sitwa żydowska, która trzyma władzę i to faktycznie nie tylko nad Warszawą, ale i nad całą Polską. To kahał mianował pierwszych sekretarzy PZPR, to gojscy mężowie córek żydowskich otrzymywali pozycje ministerialne jak aparycyjni Polacy, to kahał wywoływał Wydarzenia1956, Wybrzeże, Poznań, „Solidarność” – jej wzrost i upadek, to najprawdopodobniej kahał zrobił jednego ze swoich posoborowym papieżem i co najważniejsze - dał niemały wkład w spreparowanie tej trucizny, jaką był ów Sobór.
Kahał warszawski jest wielki! I jeżeli to kahał zabrał głos w sprawie wyborów, to znaczy, że sprawa jest najwyższej wagi. I kiedy to kahał orzekł, że głosowania nie da się unieważnić, to tak ma być - klamka zapadła.
"Unieważnienie głosowania niemożliwe" stało się hasłem soboty i niedzieli. W ramach kahału wystąpiły w masmediach - a niektóre wielokrotnie - takie kwiaty koszeru (wyliczamy jedynie niektóre) jak: Chmaj, Boni, Święcicki, Cimoszewicz, Zoll, Łętowska, Winczorek i Konarski - naukowiec.
Konarski – naukowiec był w zasadzie najświeższy umysłowo w tym bukiecie, bo zaklinając kamerę telewizyjną zwrotem lojalności wobec kahału „to nie jest możliwe”,wyskoczył najmądrzej ze wszystkich. Bo cyzelując hasło tej najnowszej lojalki, rzucił do dziennikarza: „… jeżeli ktoś utrzymuje to, że wybory zostały sfałszowane, to niech to udowodni!” Jego umysł naukowca błyskotliwie wykalkulował to, że dowodów na oszustwo wyborcze to nawet PKW nie posiada, bo przecież wyniki zostały wzięte z powietrza, a naukowcy wiedzą, że powietrze jest ulotne – a wraz z nim jakieś tam dowody. Konarski-naukowiec do szkoły chodził, historii się uczył i wie, że w referendum „3 x TAK” głosów nikt nie liczył, bo wszystkie kartki zostały zniszczone. „… jeżeli, ktoś utrzymuje to, że wybory – referendum – 3 x TAK - zostały sfałszowane, to niech to udowodni!”
W poniedziałek magister historii wezwał do siebie elity sądów i legislatury, które potwierdziły „to nie jest możliwe” i rozszerzyły to na inne zagadnienia, jak np. precedens prawny dotyczący drastycznego skrócenia kadencji tych samorządów.
Animatorzy wypowiedzi magistra Komorowskiego idąc na fali masowego poparcia elit tak zagalopowali się w swojej głupocie - a co Komorowski wydukał jako swoje i oświadczył - że powstałoby poważne niebezpieczeństwo rozszerzenia się precedensu skracania różnych innych kadencji. Komorowski stwierdził, że odchodzący sejm – widząc swą przegraną w wyborach, może (bazując na tym precedensie) skrócić kadencję następującego sejmu i że jest to niebezpieczne dla demokracji.
Magister nie zauważył tego, że sejm jest władny uczynić wszystko i np. jeżeli odchodzący sejm skróci kadencję nadchodzącemu sejmowi, to ten (nadchodzący) - jak tylko się zbierze - to tę skróconą kadencję sobie wydłuży i to o tyle, o ile zechce, bo Sejm wszystko może. No ale słabość umysłowa Komorowskiego nie jest wrodzona, ale wynika z wycieńczenia ogromnym trudem pisania w równie trudnej młodości pracy magisterskiej w dwa tygodnie, więc musimy to zrozumieć.
Co ważne. Po zmęczonych twarzach autorytetów i legislatury widać wyraźnie całkowity brak młodego narybku. A prostytuujący się młodzi dziennikarze czy Konarski - z finezyjnością swojej bródki, której charakter zmienności zastanawia, czy aby ten naukowiec nie przejawia zbytniego zainteresowania wobec małych dziewczynek lub podobne - tłumu młodych i prężnych nie czynią.
Pamiętając czasy „Solidarności” wspominamy chmary niemal bardzo młodych żydów, a już zahartowanych w walce i mających wielkie wsparcie żydowskich elit w Polsce i za granicą, tworzących witalny organizm, którego w obecnej Warszawie nie ma. W Polsce roku 2014, gdzie widać na ulicach całe watahy żydostwa, zauważamy jednak lukę pokoleniową nowych intelektualistów- wywrotowców żydowskich w Polsce. Kuroń, Michnik, Geremek, Mazowiecki, cała ta chmara KOR-owców, kahału okupującego „Solidarność” Mazowsze, nie mają swych następców. A działacze tzw. RN czy zagony Mikkego to oczywiście wielkie niebezpieczeństwo dla Polski, ale są to gracze niskiej klasy – miernoty nawet.
Ta słabość pokoleniowa żydów w Polsce jest wielką szansą dla Polaków, którzy choć skrajnie wyczerpani, to mogą jednak spróbować podjąć walkę o władzę!
Okazją do jakiegoś zaczynu organizacyjnego jest właśnie uzupełniające faza wyborów. Jest ona ważna z dwóch powodów:
- zmobilizowanie się mas polskich w pójściu do wyborów z głosowaniem na PiS, z równoczesnym rygorystycznym patrzeniem na ręce „komisjom”, będzie najlepszą formą praktycznego wykazania oszustwa w pierwszej fazie. Bo łatwo okaże się to, że faworyci pierwszej tury dostali znacznie mniej głosów niż poprzednio i będzie to ukazanie autentycznych głosów poparcia na kandydatów.
- okazji na zmobilizowanie mas polskich do utworzenia trwałych struktur organizacyjnych przy okazji organizacji wyborów uzupełniających. Struktury te powinny pozostać żywe po wyborach i dać zalążki nowych polskich katolickich ruchów politycznych. Polacy mają inteligencję emocjonalną i trud czy zagrożenie lub potrzeba walki uruchamiają w nich lwią naturę, a wtedy są śmiertelnie groźni dla każdego. Wybory są okazją do obudzenia się i działania!
Licząc zaś głosy nie należy zaś dawać posłuchu różnym oszustom, którzy proponują licznie na kalkulatorach, komputerach, czy wstukiwanie danych do sieci komputerowej PKW. Mało oświecona w komputerach ciotka na emeryturze dobrze wie to, że każda transakcja bez pokrycia w papierze jako pokwitowaniu jest łatwo wydana na pastwę manipulacji. Przezroczyste urny i kamery w lokalach wyborczych są bez sensu, o ile potem wrzucimy te dane do komputera, który będzie miał różne trojany i podobne operatory, które będą dopasowywać ilości głosów do z góry zaplanowanego rezultatu. Trzeba pamiętać słowa Stalina:
„ to nieważne, kto jak głosuje, ale jest ważne to, kto głosy liczy”
Tu głosy są liczone przez spreparowane komputery i są one tanim substytutem aparatu władzy marszałka Stalina. Żaden komputer czy program sieciowy nie jest bezpieczny! I jeśli jakiś „specjalista” zapewnia tu o bezpieczeństwie, to jest on albo głupcem, albo oszustem. http://gazetawarszawska.com/scientia-et-arte/642-pkw-komputerom-nie-ufac
Gdyby komputery były bezpieczne jako dokumentacja, to nie byłaby możliwa gigantyczna kradzież naszych pieniędzy przez banki. Banki kradną ludziom miliardy dolarów dziennie i nikt nie jest w stanie się przed tym obronić. Gdyby nie było „przelewów komputerowych”, ale jedynie banknotowe, to nigdy ani Cypr, ani Grecja nie popadłyby w takie zadłużenie, które jest zadłużeniem spreparowanym przez komputery, a nie faktycznym. Kiedy Obama przekazał amerykańskim bankom 600 miliardów dolarów ratunkowych przed bankructwem, to już w miesiąc po przelewie nie mógł sprawdzić tego, jak te gigantyczne środki zostały spożytkowane. Banki, które otrzymały te pieniądze odpowiedziały Obamie, że nie mają pojęcia co do tego, co stało się z tymi dolarami. Przypuszczalnie gigantyczne zadłużenie Polski jest możliwe głównie w oparciu o transakcje komputerów, bo wożenie banknotów ciężarówkami wymaga klasycznego dokumentowania przelewów i wtedy kraść trudno. (pomijając to, że naprawdę może być fikcyjne, tzn. żadne pieniądze nie przepłynęły przez gospodarkę, ale taki „quasi-dług” pozostał!)
W czasach „Solidarności” głosowaliśmy ręcznie, liczyliśmy logicznie i strukturalnie w głowach, i spisywaliśmy papierowe protokoły, błędów nie było i praca szła błyskawicznie. Wszystko było „na wierzchu”, ale i pod kluczem. Aby nas oszukać, zarządy przedsiębiorstw proponowały pomoc w liczeniach głosów i jeżeli jakaś organizacja związkowa taką pomoc przyjęła, to zawsze źle się to skończyło.
Głosy należy liczyć ręcznie, spisywać ręcznie, tworzyć strukturalne protokoły łatwe do ponownej kontroli. Aby jednak wykorzystać nowe środki do komunikacji czy podwójnej kontroli, należy utworzyć logiczny system stron internetowych, które natychmiast będą publikować wyniki. Każda komisja powinna mieć swoją własną stronę internetową, daje to prosty dostęp do wyników i ich kontrolę. Zwykli licealiści mogą napisać program, który będzie automatycznie liczył tak opublikowane głosy, sumował je na okręgi, partie czy osoby oraz rysował wykresy.
Tu jest okazja do jakiegoś skromnego choćby, ale jednak porachowania się z tymi oszustami. Teraz już jest niemal oczywiste, że wszystkie wybory w Polsce po 1989 roku były oszukane. Tu i teraz – w 2014 r. - nie było pod ręką kolejnego Leppera, którego można by powiesić i tak zwolniony elektorat zmanipulować na korzystny dla siebie wynik wyborów. Tu źle poszło, to rzuca się w oczy, w tych wyborach PiS dostał prawdopodobnie 40-50 % głosów, co zszokowało oszustów, którzy mieli przygotowany plan i symulator komputerowy, ale na inne marginesy oszustwa. To zapewne z tego powodu trzeba było wszystko przerwać i obwiniać jakąś drobną firmę komputerową o niedociągnięcia. Zdecydowano, że tak wielką ilość głosów, która padła na PiS, trzeba rozpisać na głosy nieważne, a resztę oddać na PSL, które jest partią miernot, a więc jest nieszkodliwą politycznie, a która i tak stanowi konieczne uzupełnienie koalicyjne dla PO.
Samo głosowanie i dokładne wyliczenie głosów obecnie ma charakter również przyszłościowy, bo utrudni oszustwa w przyszłych wyborach, o ile przed tym nie nastąpi załamanie państwa lub powołanie jego nowych struktur, np. unii polsko-izraelsko-ukraińskiej, na co się zanosi.
Polacy mają inteligencje emocjonalną, a wbrew temu, co się im mówi, są narodem o wybitnych zdolnościach organizacyjno-socjalnych. Trudno znaleźć takich drugich, którzy potrafią pracować tak wydajnie, zgodnie i innowacyjnie, jak zespół Polaków. Stan chaosu zauważalny u Polaków nie tylko po upadku „Solidarności”, ale w okresie przed i po powstaniowym, był prostą funkcją złamania homogeniczności nas jako narodu Lechitów i pogwałcenia jego Ethosu. W nasz krwioobieg został wpuszczony dziegć żydowski, który przez wieki zatruwania nas i zniewalania przystąpił do ostatniego etapu wyniszczenia nas, a co widać w tych wyborach. Obecność żydów w naszym życiu bardzo negatywnie wpływa na wspomnianą emocjonalność, która jest ważnym czynnikiem budowy wspólnego polskiego dobra.
Jak mamy budować wspólnotę narodową, kiedy w Polsce wszytko jest żydowskie, z żydowskim natręctwem, nieukaranymi ludobójcami żydowskimi, bezczelnością, brakiem kultury i nieodpowiedzialnością za wspólne dobro, z narzucaniem Polakom żydowskiej ohydy, z wstrętną estetyką muzyczną, potworą ekspresją w malarstwie i rzeźbie, gdzie piękne kiedyś interiory kościołów katolickich zostały zastąpione przez przerażająca ornamentykę żydopiekła. Nawet krzyż na karatece pogotowia zastąpiono gwiazdą dawidową. Przy pozdrowieniach zaniechano Laudetur Iesus Christus (+) poprzez „szczęść boże”, gdzie 50 lat po Soborze jest już pewne, że nie chodzi tu o Boga - Trójcę Przenajświętszą, ale o Yaweha – pustynnego demona.
Żaden bełkot przygłupów i prześmiewców wmawiający nam „żydów i cyklistów” nie może nas zbić z tropu! Sytuacja Polaków jako narodu jest katastrofalna i to głównie z powodu obecności żydów w naszym bycie. Żydzi są szkodliwi nie tylko nam, bo wszędzie tam, gdzie się pojawią, upadają całe narody. Kanibalistyczny gwałt na Rosji, zniszczenie Polski, upadek Zachodu i USA to skutki ich wpływów. Nawet w samymi Izraelu następuje podział na żydów i Izraelczyków, i tam też żydzi są postrzegani jako zagrożenie.
My mamy ich dosyć i to w najwyższym stopniu, i ani nie możemy na nich głosować, ani wspólnie liczyć głosów. Trzeba to pamiętać.
Ktoś ma wątpliwości co do tego, kto stoi za oszustwami PKW? Niech rzuci zatem okiem na wystrój graficzny PKW - cała ornamentyka Komisji jest judaistyczna, jest to żydowski podpis. I nie bądźmy antysemitami - uwierzmy i Komisji, i żydom, podpisy żydowskie składane licznymi motywami gwiazd dawidowych na planszach PKW oraz figury rodem z „Umarłej Klasy” Kantora dają nam rękojmię do:
….. to żydzi, żydzi w PKW, żydzi fałszerze wyborów.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
25.XI.2014
PS
(+)
Laudetur Iesus Christus
Laudetur Iesus Christus
lub Laudetur Jesus Christus (z łaciny: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus) – tradycyjne powitanie rzymskokatolickie, używane przez członków tej wspólnoty religijnej, popularne także w Polsce[1].
Odpowiedzią na powitanie jest na ogół:
In saecula saeculorum. Amen.
(„Na wieki wieków. Amen.“) lub „Nunc et in aeternum! Amen" („Tteraz i zawsze! Amen“)[1].
+++
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.03.12 12:14 SoleWanderer Dlaczego media milczą o ustawie 447, czyli Kaczyński jest kosmitą, Duda kobietą

Dlaczego media milczą o ustawie 447, czyli Kaczyński jest kosmitą, Duda kobietą
2Możemy się z tego śmiać, ale w Polsce kilkadziesiąt procent wyborców ślepo wierzy w teorie spiskowe z internetu. PiS o tym wie, więc prowadzi taką politykę, żeby youtubowe filmiki chwaliły rząd za twardą walkę z "ustawą 447". A dla opozycji wynika z tego smutny wniosek, że jeśli chce wygrać wybory, musi sięgnąć po podobne środki Czy ziemia jest płaska? Czy papież jest antychrystem? Czy Michelle Obama jest mężczyzną?
Jeśli w odpowiedzi na te pytania popukają się państwo w głowę – to witam w klubie. Ale jest jedno miejsce, w którym dominują inne reakcje.
To rekomendacje YouTube’a. Nie chodzi o okienko, w którym dostajemy wyniki wyszukiwania, tylko o to mniej spektakularne, zazwyczaj przegapiane przez badaczy internetu: okienko z rekomendacjami typu „Obejrzałeś A? To teraz obejrzyj też B!”.
Guillaume Chaslot, informatyk, który pracował nad doskonaleniem tego algorytmu, dwa lata temu odszedł z YouTube’a i założył z przyjaciółmi organizację Algotransparency, która próbuje zwrócić uwagę opinii społecznej na działanie tego mechanizmu.
W tym celu przeprowadził serię prostych eksperymentów, porównując różne mechanizmy wyszukiwania działające w ramach serwisów tej samej korporacji (Google i YouTube mają wspólnego właściciela). W tych eksperymentach Chaslot zadawał wyszukiwarkom pytania, od których zacząłem ten artykuł.
Czy ziemia jest płaska? Wyniki wyszukiwania Google’a zwracają nam 20 proc. linków prowadzących do stron głoszących tę tezę. To i tak skandalicznie dużo, ale mniej niż w wyszukiwaniu YouTube’a (35 proc.) i szokująco mniej niż w rekomendacjach YouTube’a: 90 proc.
Czy papież jest antychrystem? Wyszukiwanie Google’a: 5 proc. wyników jest na „tak”. Wyszukiwania YouTube’a: 10 proc. Rekomendacje YouTube’a: 85 proc.
Czy Michelle Obama jest mężczyzną przebranym za kobietę? Wyszukiwanie Google’a: 5 proc. Wyszukiwanie YouTube’a: 45 proc. Rekomendacje YouTube’a: 65 proc.
Dlaczego tak jest? Rzecz w tym, że kiedy wpisujesz jakieś hasło do wyszukiwarki, zaczynasz grę z najpotężniejszą sztuczną inteligencją świata.
"Pizzagate" To gra na czas. A właściwie: o czas. O czas, który spędzisz przy okienku. Bo im dłużej przy nim będziesz siedział, tym więcej razy twoje oczy będzie można sprzedać reklamodawcom.
Rzetelna odpowiedź na pytania typu: „czy szczepionki wywołują autyzm?”, jest banalna. „Nie”. I choćbyśmy to „nie” próbowali rozbudować o jakieś dodatkowe argumenty, to najdalej po paru minutach już znasz odpowiedź. A więc: YouTube przestaje na tobie zarabiać.
Co innego, jeśli uda im się wciągnąć cię w świat teorii spiskowych. Wtedy zarwiesz noc, studiując kolejne filmiki, z których wynikać będzie, że papież jest antychrystem i to on wysadził w powietrze World Trade Center trotylem, którego ślady potem redaktor Gmyz odkrył na tupolewie zestrzelonym przy pomocy sztucznej mgły rozpylonej z samolotów, kreślących na niebie chemtrailsy z GMO, kiedy masoni dobijali rannych z rozkazu iluminatów, na czele których stoi facet przebrany za Michelle Obamę, cierpiący na autyzm, bo go zaszczepiono na ospę.
Niczym agenci Mulder i Scully z „Archiwum X” nigdy nie poznasz prawdy, bo ona zawsze leżeć będzie gdzieś daleko („THE TRUTH IS OUT THERE!”). Na tyle daleko, żeby zawsze było z czego ukręcić kolejny odcinek z kolejną teorią.
Analizując działanie algorytmu tuż przed wyborami prezydenckimi w USA, Chaslot odkrył, że rekomendacje YouTube’a były praktycznie jednoznacznie za Trumpem i przeciw Hillary Clinton. Powód jest prosty: zwolennicy Trumpa kochali zwariowane teorie spiskowe.
Bodajże najdziwniejszą z nich była tzw. pizzagate. Zgodnie z tą teorią Hillary Clinton zamieszana była w gang pedofilów, których siedzibą jest pewna pizzeria w Waszyngtonie, ukrywająca dzieci w lochach. Plotka narodziła się tak jak i inne legendy internetu: ktoś w filmie na YouTubie streścił rewelacje wyczytane na forum, na którym ktoś linkował do bloga (itd.).
To wystarczyło, żeby 4 grudnia 2016 roku 28-letni Edgar Maddison Welch wtargnął do tej pizzerii z karabinem AR-15, używanym przez Amerykanów do ich typowo amerykańskich masakr w szkołach i na koncertach. Wziął zakładników i domagał się uwolnienia dzieci z lochu. W końcu dotarło do niego, że to niemożliwe, a to z tej banalnej przyczyny, że tam nie ma żadnej piwnicy. Oddał się w ręce policji, odsiaduje czteroletni wyrok.
Eksperymenty Chaslota pokazują, że jeśli zadamy pytanie „czy Pizzagate to prawda”, dostaniemy 0 proc. (!) twierdzących odpowiedzi w Google’u, 85 proc. (!) w YouTubie i 95 proc. w youtubowych rekomendacjach.
Gdy o Chaslocie i jego eksperymentach napisano w „Guardianie”, Google – właściciel YouTube’a – odpowiedział, że system rekomendacji odzwierciedla to, co ludzie chcą oglądać (a zatem firma nie ma na to wpływu), a także że algorytmy udoskonalono od czasu odejścia Chaslota i uwzględniają teraz także inne czynniki, poza samym tylko czasem oglądania.
To ostatnie jest zapewne prawdą. Niedawno Sylwester Wardęga, król polskich „pranków”, czyli filmów o tym, jak ktoś komuś robi złośliwy dowcip, ogłosił, że niedawna zmiana algorytmu rekomendacji zabija jego model biznesowy. YouTube już nie chce polecać tego typu filmów w swoich rekomendacjach (i chwała mu za to).
Jak jednak zauważył w „Guardianie” Paul Lewis, ta odpowiedź jest dziwna. Jedno przeczy drugiemu. Dobrze znam tę sprzeczność, bo internetowe korporacje od dawna modyfikują swoje algorytmy, arbitralnie promując lub ukrywając różne treści, a równocześnie udają neutralne medium, żeby uniknąć odpowiedzialności za to, co promują i co ukrywają.
To nie jest pierwszy taki przypadek w historii kapitalizmu. Z podobnych przyczyn firmy tytoniowe przez wiele lat udawały, że nic im nie wiadomo o szkodliwości palenia. Mam nadzieję, że i w tym przypadku maskarada się skończy i państwowi regulatorzy przykręcą śrubę cyberkorpom.
Póki to nie nastąpi, musimy się oswoić z tym, że potężne korporacje używają wyrafinowanej technologii, żeby robić opinii publicznej wodę z mózgu. To ewidentnie ma też wpływ na Polskę.
Youtubowy ainutorytet wyznawców PiSu Przedziwne zachowanie rządu wobec zmiany ustawy o IPN najłatwiej wyjaśnić tym, że wyborcy PiS bezrefleksyjnie wierzą w komentarze ich youtubowych autorytetów. A ci już dawno odkryli nowy spisek: senat USA przyjął „ustawę 447”, zgodnie z którą Polska ma wypłacić Izraelowi 65 miliardów dolarów odszkodowania za pożydowski majątek – a media o tym milczą! Dlaczego?
Milczą – bo to bzdura. Senat USA nie przyjmuje samodzielnie ustaw, a już zwłaszcza obowiązujących w Polsce. Może przyjąć uchwałę, która zobowiązuje ichni odpowiednik MSZ do uwzględniania kwestii reprywatyzacyjnych w corocznych raportach o stanie praworządności w różnych krajach.
Prawicowe media zrobiły z tego „ustawę o zwrocie” majątku według tego samego mechanizmu, który wykreował „Pizzagate”. Ktoś na YouTubie opowiadał, o czym się dowiedział na Twitterze, itd.
Możemy się z tego śmiać, ale w Polsce kilkadziesiąt procent wyborców ślepo wierzy w teorie spiskowe z internetu. I jeśli uwzględnić, jak potężne siły im te teorie chcą wbić do głowy, nawet trudno ich potępiać.
PiS o tym wie, więc prowadzi taką politykę, żeby youtubowe filmiki chwaliły rząd za twardą walkę z „ustawą 447”. A dla opozycji wynika z tego smutny wniosek, że jeśli chce wygrać wybory, musi sięgnąć po podobne środki.
Opozycjo, zrób film o tym, że Kaczyński jest kosmitą, Duda kobietą, a Morawiecki androidem. W czasach Twittera, Facebooka i YouTube’a inaczej się nie da wygrać wyborów...
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.11.21 12:43 SoleWanderer Lepsza praca albo faszyzm. Czas na zachodnie standardy na rynku pracy

Istnieją suche dane, które są kluczem do wyjaśnienia polskiej rzeczywistości i wszystkiego, co nas w niej drażni - od wyników wyborów po kino Patryka Vegi. Oto one. Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas Kamil Fejfer Czerwone i Czarne, Warszawa
To nie jest kraj dla pracowników Rafał Woś W.A.B., Warszawa
Wbrew złotym zasadom sztuki edytorskiej zacznę ten tekst właśnie od suchych liczb. Będę pisał o książkach, które pozwalają lepiej zrozumieć ich doniosłość – ale jeśli już złapałem uwagę czytelnika, to chcę przede wszystkim, żeby je poznał i zapamiętał.
Udział płac w PKB wynosi w Polsce 47 proc., przy średniej europejskiej 56 proc. Przez ostatnie 20 lat spadł o 10,8 pkt proc., podczas gdy w Europie – średnio o 1 pkt. Gorzej pod tym względem jest tylko w Rumunii.
Te liczby są kluczowe dla zrozumienia dzisiejszej Polski. Są niczym jakiś objaśniający wszystko symbol z powieści Dana Browna, taki „kod Balcerowicza”.
Kiedy ministrowie z rządu Tuska z dumą prezentowali Polskę jako „zieloną wyspę”, która obroniła się przed recesją i ma dodatni wzrost PKB, nawet u ich sympatyka musiał się wtedy pojawić chociaż cień takiej oto wątpliwości: „Dlaczego ja nie odczuwam tego wzrostu?”.
Powyższe liczby to wyjaśniają. Wzrost PKB nie oznacza, że wszystkim się poprawia. W Polsce śmietankę z tego wzrostu zebrali tylko nieliczni – głównie pracodawcy.
Polskie firmy cierpią dziś często na nadpłynność. Mają za dużo pieniędzy, z którymi same nie wiedzą, co mają zrobić (stąd np. skupowanie własnych akcji). Opcja w rodzaju: „a może by dać z tej okazji pracownikom podwyżki”, nie jest brana pod uwagę. „To był dobry rok, dajmy z tej okazji pracownikom więcej, niż mają zagwarantowane umową” – żaden prezes korporacji nigdy nie wypowiedział takich słów inaczej niż żartem.
Powyższe liczby są kluczem do wyjaśnienia polskiej rzeczywistości – i wszystkiego, co nas w niej drażni, od wyników wyborów po kino Patryka Vegi. PiS ma prostą, demagogiczną odpowiedź: „Nie odczuwasz wzrostu, bo elity cię okradają”. Reżyserzy typu Vegi kręcą jej fabularyzowaną wersję.
Zakładam, że oczekujecie czegoś więcej niż polityczna demagogia i kinematograficzna grafomania. Polecam więc dwie książki, które pozwalają zrozumieć fenomen tych liczb.
Uzupełniają się, bo Woś opisuje to jak publicysta – skupiając się na ogólnych mechanizmach. Książka Fejfera zaś to dziesięć reportaży pokazujących działanie tych mechanizmów na przykładzie losu konkretnych ludzi.
Rynek pracownika, czyli biały kruk
Woś nanosi relację praca – kapitał na szerszą panoramę obejmującą kilka stuleci i kilka kontynentów. Twierdzi, że te relacje nigdy nie były symetryczne.
Pracodawcy przeważnie mają negocjacyjną przewagę nad pracownikami wyrażającą się frazą, którą chyba wszyscy usłyszeliśmy choć raz w życiu: „Mam na twoje miejsce dziesięciu chętnych”. Sytuacje, w których te relacje ulegają odwróceniu i mamy tzw. rynek pracownika, zdarzają się rzadko, zwykle dotyczą tylko wybranych branż – i nigdy nie trwa to dłużej niż jedno pokolenie.
Szczególnie ciekawym przypadkiem takiej sytuacji była Europa Zachodnia w XIV wieku. Za sprawą epidemii zwanej czarną śmiercią zaczęło dramatycznie brakować rąk do pracy we wszystkich branżach. Zmusiło to do wprowadzania innowacji zmniejszających zapotrzebowanie na ludzką pracę. W rolnictwie zaczęto intensywnie zastępować ją pracą zwierząt, w wytwórstwie zwiększano jej wydajność przez organizowanie manufaktur, co dało początek przemysłowi.
Za historykami ekonomii Nico Voigtländerem i Hansem-Joachimem Vothem Woś twierdzi, że to właśnie dlatego czarna śmierć przyczyniła się do narodzin gospodarki rynkowej. I faktycznie, jeśli spojrzymy na mapę świata w XIV wieku, zobaczymy, że nic nie zapowiada jej narodzin akurat na zachodzie Europy. Wtedy jeszcze nie jest to najbardziej rozwinięty gospodarczo region świata. Zachód przypomina wówczas świat z „Gry o tron” – jest pogrążony w wyniszczających wojnach i feudalnym rozdrobnieniu. A tymczasem Chiny przeżywają złotą erę dynastii Ming, z kolei w Polsce (którą zaraza w większości ominęła) zaczyna się jagiellońska prosperity.
Według Votha i Voigtländera spustoszenia dokonane przez zarazę wymusiły lepsze traktowanie pracowników, co z czasem doprowadziło do narodzin kapitalizmu.
Zwykle historycy (z Marksem włącznie) przedstawiali to odwrotnie: że przejście od feudalizmu do kapitalizmu przyniosło zwiększenie zarobków.
Kolejne stulecia to próby przywrócenia feudalnych stosunków pracy ze strony pracodawców – i mniej lub bardziej skuteczny opór pracowników. Woś przypomina, że tzw. wolny rynek rzadko bywał wolny dla pracowników – w XIX wieku (a gdzieniegdzie i w XX wieku) w USA i Wielkiej Brytanii istniały przepisy pozwalające doprowadzić w kajdanach pracownika, któremu przyszły do głowy takie wywrotowe pomysły jak szukanie lepszego pracodawcy, nie mówiąc już o strajku.
Bezprecedensowy dobrobyt, którym cieszyli się mieszkańcy Europy Zachodniej i USA po II wojnie światowej, wynikał również z wielu przypadków, które wzmocniły pozycję przetargową pracowników. Woś proponuje odwrócenie tradycyjnej narracji – to nie jest tak, że na Zachodzie zarabiali więcej od nas, bo mieli bardziej rozwiniętą gospodarkę. Odwrotnie. To dzięki temu, że tamtejszych pracowników lepiej wynagradzano, mogli oni tworzyć popyt wewnętrzny napędzający gospodarkę.
Rok 1989: żeby „żyć jak na Zachodzie”
Niemcy wschodnie i zachodnie wyszły z wojny w porównywalnym stopniu zrujnowane. A jednak różnice w poziomie życia między sektorami okupacyjnymi widoczne są od samego początku.
Mieszkańcom Niemiec zachodnich nie odebrano prawa do strajku, do niezależnych związków zawodowych, do swobodnej zmiany pracodawcy. Mieszkańcom Niemiec wschodnich wszelkie strajki wybito z głowy przemocą i zapędzono ich do pracy quasi-przymusowej, jak nas wszystkich, w całym bloku wschodnim.
Kiedy Polacy obalali komunizm w 1989 roku, robili to nie z miłości do kapitalizmu jako instytucji, tylko z prostego pragnienia, żeby „żyć jak na Zachodzie”. Rozumieliśmy, że polska gospodarka jest dalece w tyle, więc rozumieliśmy też, iż niezbędny jest okres zaciskania pasa w imię wzrostu gospodarczego.
Źle rozumieliśmy – twierdzi Woś. „Zaciskanie pasa” polegało na rozmontowywaniu ochrony pracownika – na ubezwłasnowolnianiu inspekcji pracy, pacyfikowaniu związków zawodowych, demontażu kodeksu pracy.
Za każdym razem, gdy wzrost gospodarczy dostawał w Polsce zadyszki – co nawet nie oznaczało od razu recesji, tylko po prostu nieco wolniejsze tempo przyrostu – pracodawcy wołali: „Dajcie nam więcej uprawnień”. I dostawali je od kolejnych rządów, bo tu nie ma większych różnic między partiami głównego nurtu.
Im dłużej to będzie trwać, tym większe będą społeczne nierówności. Pracodawcy będą się bogacić, zarobki pracowników stać w miejscu (a ich procentowy udział w PKB dalej spadać).
Nie ma sensu tego dalej utrzymywać – twierdzi Woś. Przecież większość modernizacyjnych aspiracji z lat 90. już zrealizowano: jesteśmy w UE i NATO, kraj oplotła sieć nowoczesnych dróg, pendolino coraz szybciej pomyka po modernizowanych torach, prawie każda gmina ma aquapark, a prawie każdy powiat – międzynarodowe lotnisko.
Czas na zachodnie standardy na rynku pracy. To niekoniecznie od razu musi oznaczać zachodnie zarobki – ale chociaż niech oznacza zachodni udział płac w PKB. Już samo to przyniosłoby skokowy wzrost zamożności większości Polaków, bo średnio wyszłaby z tego podwyżka o jedną piątą.
Jak marnujemy własną klasę średnią
I rozwiązałoby to problemy większości bohaterów Fejfera. Jego książka to zbiór reportaży o młodych ludziach, którym nie powiódł się start na rynku pracy.
I nie chodzi o to, że wylądowali pod mostem. O większości powiedzielibyśmy wręcz na pierwszy rzut oka, że im się powiodło – znają języki, podróżują, znaleźli swoje miejsce w nowoczesnych korporacyjnych biurowcach.
Tyle tylko, że mają tam frustrujące, jałowe, kiepsko płatne zajęcia, często na umowach śmieciowych. Pracują w call center za dwa pięćset na rękę albo układają tabelki w Excelu za dwa sto.
Nie rozwijają się, tylko przeciwnie – zwijają, bo kolejny rok jest zazwyczaj gorszy od poprzedniego. Albo im obcinają zarobki, albo dokładają obowiązków. Albo jedno i drugie. Charakterystycznym wyjątkiem jest bohaterka ostatniego reportażu, zatytułowanego „Branża”. Porzuciła karierę w korporacji na rzecz najstarszego zawodu świata. I jako jedyna z tej dziesiątki jest zadowolona ze swojej sytuacji.
Kiedyś z tymi ludźmi wiązano nadzieje na modernizację Polski. To oni, „młodzi, wykształceni z wielkich miast”, zwani żartobliwie lemingami, mieli zbudować nowoczesną klasę średnią i ostatecznie przypieczętować tym nasze europejskie aspiracje.
Nie cieszą ich symboliczne sukcesy modernizacji, bo nie stać ich ani na jeżdżenie pendolino, ani na mieszkanie w tych dzielnicach, do których dojeżdża metro. Zamiast stabilizować demokrację, wahają się między absencją a głosowaniem na polityków skrajnych. Jeden z bohaterów książki otarł się wręcz o neofaszyzm.
Pytani przez Fejfera, czego właściwie chcą od życia, nie domagają się kokosów. Wystarczyłoby poczucie stabilizacji, jakie daje umowa o pracę – urlop, zwolnienie lekarskie, fundusz socjalny.
Zadowoliłoby ich więc odzyskanie tego, co stracili w wyniku działań na rzecz „uelastyczniania” rynku pracy podejmowanych przez kolejne rządy III Rzeczypospolitej. Oraz wyrównanie udziału płac w PKB do średniego unijnego poziomu.
Po przeczytaniu tych dwóch książek można dojść do wniosku, że uzdrowienie chorej polskiej pracy to kwestia, od której zależy przetrwanie demokracji w naszym kraju. Weźmy bowiem losy demokracji węgierskiej: zabiło ją przecież m.in. to, że partie opozycyjne utraciły serca węgierskiego odpowiednika polskich lemingów – a Viktor Orbán potrafił sprawnie wlać się ze swoim populizmem w powstałą w ten sposób próżnię.
Kto ją zajmie w Polsce – to nadal pytanie otwarte.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.10.23 17:32 ben13022 Kłopotliwe Taj Mahal. Według stanu Uttar Pradesh, zabytek jest niewystarczająco indyjski.

Uznawane za jeden z siedmiu cudów świata mauzoleum, najwspanialszy pomnik wiecznej miłości i symbol Indii, nie zostało wpisane do przewodnika po turystycznych atrakcjach stanu Uttar Pradesh. Stanowe władze uważają, że jako wzniesione przez muzułmanów, Taj Mahal jest niewystarczająco indyjskie.
Na trzydziestu dwóch stronicach wydanego w październiku przewodnika stanowa minister turystyki Rita Bahuguna Joshi zachwala i namawia do odwiedzania miejscowych zabytków, w tym świątyń hinduskich i buddyjskich, ale nie wspomina słowem o Taj Mahal, choć to właśnie ono cieszy się od lat opinią największej turystycznej atrakcji Indii, odwiedzanej co roku przez ponad sześć milionów gości. Poruszenie, jakie wywołały wieści o pominięciu Taj Mahal zmusiły panią minister do wystosowania kategorycznego oświadczenia, w którym oznajmiła, że cieszące się światową sławą mauzoleum nie ma potrzebuje reklamy i zarzuty, że władze pominęły je celowo, są obraźliwe i śmieszne. W Indiach jednak mało kto w jej zapewnienia uwierzył.
Kłopotliwa kolebka
Rządy w Lucknow, stolicy stanu Uttar Pradesh, pani Joshi objęła wraz Yogim Adityanathem, dzisiejszym stanowym premierem, a wczorajszym hinduskim kapłanem ze świątyni w Gorakhpurze, związanym z ruchem hinduskich nacjonalistów i rządzącą krajem od trzech lat Indyjską Partią Ludową (BJP) Narendry Modiego. Wiosną, pod przywództwem Yogiego Agityanatha, Indyjska Partia Ludowa odniosła zaskakująco zdecydowane zwycięstwo w wyborach stanowych w położonym w dolinie Gangesu Uttar Pradesh, najludniejszym, bo ponad dwustumilionowym i największym ze stanów, na którego terytorium leżą święte miasto Varanasi (d. Benares), Mathura, Fatehpur, Allahabad, kolebka politycznej dynastii Nehru-Gandhich, a także Agra, gdzie przed czterema wiekami ówczesny władca północnych Indii, cesarz Szahdżahan postanowił wznieść nad Jamuną najwspanialszy na świecie pałac-grobowiec dla swojej ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła przy porodzie czternastego z cesarskich potomków.
I właśnie fakt, że Taj Mahal został wybudowany w czasach, gdy Indiami rządzili ich pogromcy z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów, sprawił, że marmurowe mauzoleum znalazło się w niełasce nowego premiera Uttar Pradesh.
Obcy element
Można się tego było zresztą spodziewać, bo Yogi Adityanath od lat uchodzi za hinduskiego nacjonalistę, walczącego ze wszystkim, co uważa za dziedzictwo obcych podbojów i czasów smuty, gdy Indiami rządzili muzułmanie i Brytyjczycy. Walcząc wiosną o rządy w Lucknow, a także wcześniej, gdy działając w ruchu indyjskich nacjonalistów przybliżał go do władzy w Indiach, Yogi Adityanath nie ukrywał niechęci do muzułmanów i islamu, upatrując w nich, a także w Zachodzie i chrześcijaństwie, przyczynę wszystkich indyjskich nieszczęść i upokorzeń.
Nie raz powtarzał też, że Taj Mahal, pobudowany przez muzułmańskiego cesarza, najeźdźcę i okupanta, nie może być uznawany za część indyjskiego kultury i tradycji. Utrzymywał nawet, że mauzoleum powstało w miejscu, w którym wcześniej stała hinduska świątynia (krwawy spór między hindusami i muzułmanami o meczet, pobudowany na ruinach świątyni w leżącej w Uttar Pradesh Ayodhyi okazał się początkiem zwycięskiego marszu hinduskich nacjonalistów po władzę w kraju). Dopiero w sierpniu indyjski Sąd Najwyższy orzekł, że Taj Mahal nie stanął na miejscu świątyni. W czerwcu jednak, już jako stanowy premier Yogi Adityanath stwierdził, że Taj Mahal i wszystko, co reprezentuje, nie ma związku z indyjską kulturą.
Jeszcze mniej przebierał w słowach partyjny kolega kapłana-premiera, poseł BJP w stanowym parlamencie z Uttar Pradesh Sangeet Som, który na wiecu w Meerucie powiedział wprost, że Taj Mahal został wzniesiony przez „zdrajców” i jest „paskudną plamą w indyjskiej historii”. „Wielu ponoć załamuje ręce, że Taj Mahal nie został wpisany do przewodnika po historycznych miejscach naszego stanu Uttar Pradesh – powiedział poseł Som, który podobnie jak jego premier-kapłan nie raz oskarżany był o podżeganie do pogromów muzułmanów. – Ale cóż to za historia stoi za Taj Mahal? Historia człowieka, który wzniósł pałac-grobowiec, a potem więził własnego ojca? A może historia kogoś, kto okazał się ciemiężcą hindusów? Jeśli tak, to jest to historia bardzo nieszczęśliwa i mogę was zapewnić, że my ją napiszemy od nowa”. Być może niechęć do historii dawnych muzułmańskich władców Indii sprawiła, że posłowi Somowi pomyliły się koleje losów Wielkich Mogołów. Cesarz Szahdżahan, budowniczy Taj Mahal nie więził ojca, ale sam został uwięziony przez własnego syna, okrutnika Aurangzeba i spędził za kratami resztę życia.
Indie dla hindusów!
„Odkąd w Indiach rządzi Modi i jego BJP, władze w Delhi zdają się uważać, że prawdziwymi obywatelami Indii mogą być wyłącznie hindusi – powiedział w rozmowie z dziennikarzem stacji Al-Jazeera indyjski pisarz Sohail Hashmi. – To, co dzieje się z Taj Mahal, to sprawa wyłącznie polityczna. Rządzący próbują oddzielić to, co w Indiach należy do dziedzictwa hinduskiego od tego, co według nich jest tylko wpływami muzułmańskimi”.
„Oczyszczanie” indyjskości z obcych naleciałości jest od dawna sprawą, której nowy premier Uttar Pradesh oddał życie. Jako kapłan wskrzeszał w Indiach kult świętych krów, ciążą na nim zarzuty podżegania do pogromów muzułmanów, stanowiących prawie jedną piątą ludności Indii. Posadę stanowego premiera otrzymał od szefa rządzącej partii Modiego w uznaniu zasług dla ruchu indyjskich nacjonalistów, który przed trzema laty wygrał wybory krajowe w Indiach i przejął władzę w Delhi.
Od pierwszych dni swojego panowania, Modi, choć w sposób znacznie subtelniejszy, również prowadzi kulturową wojnę, pielęgnując wszystko, co hinduskie w historii kraju, pomijając zaś i pomniejszając akcenty muzułmańskie, a zwłaszcza świeckie i związane z Zachodem. Nowe władze zmieniają nazwy ulic i miejscowości, nadane ku czci dawnych, muzułmańskich władców, ale ofiarą polityki historycznej Modiego padła przede wszystkim polityczna dynastia Nehru-Gandhich i kierowana przez nią Partia Kongresowa, będąca dziś słabnącą w oczach, ale wciąż najsilniejszą z opozycyjnych partii. Jawaharlal Nehru, pierwszy premier niepodległych Indii przedstawiany jest w czasach Modiego jako przedstawiciel całkowicie zwesternizowanych i wyobcowanych politycznych elit, wychowanych przez Brytyjczyków i im uległym. Nehru i jego towarzyszom, głoszącym potrzebę świeckiego państwa, przeciwstawiani są ci indyjscy politycy, którzy od zawsze opowiadali się za hinduskim nacjonalizmem.
Nie ma alternatywy
Populizm Modiego i jego hasła indyjskiego renesansu zjednały mu w 2014 r. głosy wyborców, zmęczonych i zniechęconych niekończącymi się aferami korupcyjnymi kongresowych ministrów. Modi obiecywał Indiom odnowę moralną i gospodarczy rozkwit, ale odnowa przerodziła się w historyczny rewizjonizm i rozkwit hinduskiego nacjonalizmu, które zniechęcają do rządzących liberalnie nastawioną klasę średnią i wielkomiejską młodzież, zjednują za to biedotę na wsi.
Mieszkańców Indii zgodnie martwi za to fakt, że w trzecim roku rządów Modiego, gospodarka, która rozwijała się dotąd w zawrotnym, blisko 10-procentowym tempie, dostała nagłej zadyszki. W pierwszym półroczu tempo wzrostu gospodarczego spadło poniżej sześciu procent. Większość państw świata mogłaby o takich wskaźnikach gospodarczych jedynie marzyć, ale dla prawie półtoramiliardowych Indii, aby nie popadły w biedę, tempo gospodarczego wzrostu nie może spadać poniżej 6 procent rocznie.
Zadyszka gospodarki sprawiła, że po raz pierwszy od lat, otoczony kultem nieomylności i sukcesu Narendra Modi został zaatakowany nie tylko przez opozycję, ale towarzyszy z własnej partii, którzy zarzucili mu populizm, autorytarne skłonności i gospodarcze awanturnictwo. Modi nie musi się jednak bać o władzę. Jego największą siłą jest słabość politycznych przeciwników. Straciwszy władzę, Partia Kongresowa, kierowana przez Sonię Gandhi (wdowę po premierze Radżiwie, synu Indiry Gandhi i wnuku Nehru) i jej syna Rahula, wciąż nie potrafi odzyskać równowagi ani wyborców, a partie stanowe nawet nie zaczęły myśleć o wielkiej koalicji, która mogłaby przejąć władzę w Delhi. Do nowych wyborów zostały prawie dwa lata, a towarzysze Modiego już dziś przekonują rodaków, że w Indiach nie ma dla niego alternatywy.
PS. Były piłkarz George Weah wygrał październikowe wybory prezydenckie w Liberii, ale prezydentem jeszcze nie został. Według wstępnych wyników, Weah, uznawany za najlepszego piłkarza w historii Afryki, zdobył w wyborach prawie 40 proc. głosów, a do zwycięstwa już w pierwszej rundzie konieczna była ponad połowa głosów. W walce o prezydenturę Weah stanie więc do dogrywki w listopadzie, a jego przeciwnikiem będzie drugi na wyborczej mecie dotychczasowy wiceprezydent Joaseph Boakai, który zdobył ok. 30 proc. głosów.
Fakt, że pierwszą rundę Weah wygrał z przewagą aż 10 punktów nie czyni z niego faworyta w dogrywce. 12 lat temu też wygrał w pierwszej rundzie, pokonując o prawie 10 punktów (30:20) drugą na mecie panią Ellen Johnson-Sirleaf, później przegrał z nią jednak 40-60, a pani Ellen, która po dwóch prezydenckich kadencjach właśnie składa urząd, została wtedy pierwszą w Afryce kobietą, wybraną na urząd prezydenta.
źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/klopotliwe-taj-mahal-150484
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.19 13:03 ben13022 South Park: Dwudziesty sezon kreskówki, która zmieniła satyrę

Gdyby nie "South Park” prawdopodobnie nie byłoby autorskich programów stacji Comedy Central. Ameryka nie poznałaby duetu Key & Peele, nikt spoza stand-upowych kręgów nie dowiedziałby się o Amy Schumer. Dosadny polityczny humor mógłby w Stanach już nie istnieć, bo John Steward nigdy nie poprowadziłby „The Daily Show”, a bez tego przecież nie poznalibyśmy ani Stephena Colberta, ani Johna Olivera, którzy politycznej satyry uczyli się pod okiem Stewarta.
To własnie „South Park” w 1997 r. przetarł szlak dla autorskich programów w Comedy Central, stacji która wówczas puszczała głównie powtórki sitcomów i filmowane dla HBO stand-upy. I choć to „Simpsonowie”, zgodnie z internetowym memem, „zrobili to pierwsi” (serial animowany stacji Fox ma już na koncie rekordowe 27 sezonów!), to „South Park” przekraczał kolejne granice dobrego smaku, zachodząc za skórę wszystkim grupom społecznym, jakie można sobie wyobrazić. Serial Treya Parkera i Matta Stone’a wciąż wytycza szlak dla innych animowanych komedii: „Rick and Morty”, „Archer”, czy Netfliksowy „BoJack Horseman”.
Jak twórcom „South Park” udało się od kloacznego humoru dojść do wielowarstwowej, błyskotliwie rozpisanej na 10 odcinków, satyry na: gentryfikację, ISIS, Stephena Segala, radykalnych zwolenników poprawności politycznej i hasła wyborcze Donalda Trumpa?
Parker i Stone poznali się na studiach filmowych na Uniwersytecie Colorado na początku lat 90. Tworzyli popularne wśród studentów krótkie filmy, a ich zwiastun fikcyjnego „Alferd Packer: The Musical” (o XIX-wiecznym poszukiwaczu złota i kanibalu) stał się na uczelni takim hitem, że dziekan zaproponował im nakręcenie pełnego metrażu. W 1993 r. zgłosili go nawet na festiwal Sundance, ale nie dostali odpowiedzi. Postanowili sami wynająć salę konferencyjną w pobliskim hotelu i w czasie trwania festiwalu organizowali pokazy, co zaowocowało sprzedaniem filmu wytwórni Troma Entertainment, produkującej celowo złe pastisze horrorów. Film przemianowano na „Cannibal! The Musical” i wyświetlano w kinach studyjnych i college’ach w całym kraju – w pewnych kręgach doczekał się statusu filmu kultowego. Dziś w całości obejrzeć go można np. na YouTube .
Po tym sukcesie autorzy przeprowadzili się do Los Angeles, by próbować szczęścia w branży filmowej. Długo bez powodzenia. Ich pomysł na dziecięcy program dla Fox Kids został odrzucony, ale w końcu dostali czek na kilka tysięcy dolarów - na animowaną kartkę świąteczną wzorowaną na ich studenckiej animacji, w której Jezus spiera się z bałwankiem Frostym o sens świąt bożonarodzeniowych. Powstała z tego wulgarna krótkometrażówka, w której Jezus walczy ze Świętym Mikołajem. Po udostępnieniu w internecie stała się jednym z pierwszych filmów viralowych na świecie.
Już wtedy w początkowej planszy widniała tabliczka z nazwą fikcyjnej miejscowości South Park w stanie Colorado, gdzie Parker i Stone planowali umieścić akcję ewentualnego serialu.
Fox nie chciał się jednak zgodzić na takie postaci jak Mr. Hankey - gadające fekalia w czapeczce. Parker i Stone ze swoim pomysłem poszli więc do Comedy. Pilot zatytułowany „Cartman Gets an Anal Probe”, w którym jeden z bohaterów pada ofiarą eksperymentu Obcych, wszczepiających mu kosmiczną sondę analną, nie spodobał się widzom w czasie pilotażowych pokazów. Ale wyemitowano pierwsze sześć odcinków. W 1997 r. „South Park” był pierwszym w historii serialem animowanym wyłącznie dla widzów pełnoletnich, a po roku emisji odbierano go już w połowie amerykańskich domów.
Pierwsze sezony serialu rzadko wykraczały poza wulgarny, skatologiczny humor. Podobnie było w fabule pełnometrażowego filmu z 1999 r.: czterej główni bohaterowie - Stan, Kyle, Kenny i Cartman - zakradają się do kina na kanadyjską komedię dla dorosłych, a po seansie zaczynają strasznie przeklinać, za co ich rodzice winą obarczają (zresztą w nominowanej do Oscara piosence) Kanadyjczyków. Sytuacja błyskawicznie eskaluje aż do wybuchu wojny pomiędzy USA i Kanadą, a gdy we wszystko wmieszali się jeszcze szatan i Saddam Husajn, świat stanął w obliczu ostatecznej zagłady.
Bodaj najsłynniejszym atakiem Parkera i Stone’a na cenzurę były odcinki dotyczące wizerunku proroka Mahometa. Burzę wywołał epizod „Cartoon Wars” z 10. sezonu. Stone i Parker kpią sobie tam z konkurencyjnego „Family Guy”. Ten serial stacji Fox w ich fabule publikuje wizerunek proroka Mahometa, co doprowadza do skandalu. Odcinek był odpowiedzią na groźby islamskich radykałów po opublikowaniu przez europejskie gazety karykatur Mahometa i religijnej cenzurze w amerykańskich mediach.
Ale odcinek sam padł ofiarą cenzury - Comedy Central nie zgodziło się wyemitować podobizny Mahometa, z czego twórcy autoironicznie kpią w jubileuszowym odcinku „200” i jego kontynuacji „201” z sezonu 14. Guru scjentologów Tom Cruise wraz z grupą wyśmiewanych w przeszłości przez serial celebrytów próbuje tam wykraść Mahometowi jego immunitet na satyrę i krytykę.
Twórcy „South Parku” krytykowali wszelkie religie notorycznie, nie przejmując się granicą między sacrum a profanum. W „Red Hot Catholic Love” z sezonu 6. odnoszą się do ujawnionego przez „The Boston Globe” skandalu pedofilskiego w Kościele rzymskokatolickim. W odcinku miejscowy ksiądz - ojciec Maxi - wyrusza do Watykanu, by wyjaśnić kwestię molestowania seksualnego dzieci, ale na miejscu dowiaduje się tylko, że Kościół jest częścią międzygalaktycznej wspólnoty pod rządami olbrzymiego pająka, który nie widzi w pedofilii niczego złego. A w absurdalnym „Fantastic Easter Special” twórcy parodiują powieści Dana Browna, docierając do sedna odwiecznego spisku ukrywającego prawdziwe pochodzenie świąt wielkanocnych. W skrócie: pierwszym papieżem był zając, stąd wysoka, zakrywająca zajęcze uszy papieska infuła.
Stone i Parker kpią też stale ze scjentologów (najchętniej ze wspomnianego Toma Cruise’a) np. w odcinku „Trapped in the Closet” z sezonu dziewiątego. Stan zostaje w nim uznany, ze reinkarnację założyciela sekty Rona Hubbarda i dostaje za zadanie napisanie kontynuacji jej historii, z uwzględnieniem galaktycznego władcy Xenu, uwięzionych na Ziemi kosmicznych dusz i całej reszty doktryny, której szczegółom w serialu towarzyszy duży napis: „oni naprawdę w to wierzą”.
Ale kpiny z religii to tylko jeden z wątków serialu. Np. odcinek „About Last Night...” z 12. sezonu odnosi się do pierwszych godzin po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA. Świat dowiedział się o zwycięstwie Baracka Obamy 4 listopada 2008 r., a odcinek został wyemitowany dzień później i ujawniał, że cała burzliwa kampania Obamy i Johna McCaina była tylko przykrywką dla organizowanego przez nich wspólnie skoku na Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie, gdzie znajduje się 45,5 karatowy diament Hope. Odcinek był parodią tzw. heist movies, a zwłaszcza „Ocean’s Eleven” Soderbergha, a przy okazji kpiną z napompowanych do granic oczekiwań wyborców, którzy wciąż nabierają się na chwyty politycznych spin doctorów i populistyczne hasła.
Rok temu Stone i Parker zdecydowali się zrezygnować z oderwanych od siebie epizodów i rozciągnąć spójną fabułę na wszystkie 10. odcinków. Sezon opowiadał o gentryfikacji najbiedniejszej okolicy w miasteczku i wybudowaniu w niej modnego sklepu ze zdrową żywnością. Wszystko, by poprawić medialny wizerunek miasta, gdy kandydatem na prezydenta został jeden z loklanych szkolnych nauczycieli. Jego hasła wyborcze bliźniaczo pasowały do tych wygłaszanych przez Trumpa, ale „jego” imigrantami, których obwiniał za wszelkie zło, byli, oczywiście, Kanadyjczycy. No i pojawiał się studencki ruch radykalnych zwolenników politycznej poprawności...
19 sezon autoironicznie odnosi się do samego serialu, który zaczyna osiągać status reliktu minionej epoki. Ale gdy sięgnąć głębiej, jest tam przede wszystkim krytyka neoliberalnego porządku. Twórcy garściami czerpią z myśli Slavoja Žižka pokazując, że o łatwo jest krytykować zło oczywiste (np. Trumpa) niż to, które jest skryte za fasadą politycznej poprawności. Jednym z tematów poprzedniego sezonu jest też opisywana przez Žižka interpasywność - tu jako wliczone w model biznesowy akcje charytatywne, których celem jest wyłącznie zapewnienie klientowi lepszego samopoczucia.
Fabuła 20 sezonu do środowej, amerykańskiej premiery jest tajemnicą, ale wystarczy jeden rzut oka na polityczne wydarzenia ostatnich miesięcy, by wiedzieć, że tematów do szyderstw Trey Parker i Matt Stone będą mieli aż nadto.
W Polsce serial oglądać można na antenie Comedy Central i na stronie southparkstudios.com
Źródło:http://wyborcza.pl/7,75410,20694036,nieswieta-kreskowka.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.05 20:47 ben13022 Złoty pociąg czy złoty interes?

Za zwykłą rozmowę jakiś tysiączek, dwa. Za całość z pół miliona. Pani zapłaci, a oni fachowo zagrają odkrywców. Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej Kto by pomyślał, że okres lęgowy wróbli może się tak strategicznie wpasować. Do połowy sierpnia trzeba być ostrożnym, potem koparkami można rozkopać wszystko. A to równo rocznica, odkąd fascynatom historycznych zawiłości i tajemnic zapłonęły oczy. Oto pod ziemią, na 65. kilometrze trasy kolejowej między Wrocławiem a Wałbrzychem, ma stać pociąg pełen złota.
Odkrywcy na operację wydobycia wydali ponad 140 tys. zł, rozstawili wysokie rusztowania, a za nimi 50 pracowników z koparkami.
Kopać, panowie, zakrzykną razem Andreas Richter i Piotr Koper. Pierwszy robił przed laty karierę sekretarza wałbrzyskiej parafii ewangelickiej, zarządzał poniemieckimi dokumentami. Ale chciał robić biznesy. Z kościelnych ksiąg znał rodzinne zawiłości. Zajął się więc tworzeniem drzew genealogicznych. Na zlecenie sądów pomagał szukać spadkobierców zmarłych. Jak zarobił, zainwestował w georadar, wiedząc, ile skarbów może siedzieć pod ziemią.
Piotr Koper też interesował się historią, ale bardziej pieniędzmi: z wykształcenia technolog drewna, z wyboru budowlaniec i właściciel myjni samochodowej. Wtedy w Wałbrzychu wszyscy byli z węgla. Kiedy z dnia na dzień 15 tys. osób traci pracę, jedna piąta mieszkańców miasta, to jest to problem. Wynieśli się z kopalni i weszli w biedaszyby. Węgiel sypki, kiepski, ale cenny, jedzie w Polskę, a dziury na kilkadziesiąt metrów, podkopane drogi, walące się drzewa, zapadliska przy blokach zostają w Wałbrzychu razem z poległymi w walce o urobek nielegalnymi górnikami, do których nikt nie wezwie pogotowia, żeby nie dać się złapać policji. Koper i Richter swoje firmy założyli wtedy, kiedy padała ostatnia kopalnia. Ale żeby się spotkać, musieli poczekać kilkanaście lat. Obaj chcieli skarbów - Koper miał koparki, Richter nawigację, połączyli siły. Obaj bogaci, ale bez przesady.
Mieszkańcy pukają się w czoło: wariaci. Tyle kasy dawać w błoto na wykopki? Naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej, stawiając na szali zawodowe kariery, nie owijali w bawełnę, gdy przeprowadzili badania magnetometrem: pociągu nie ma, ba, szyn nawet. Nie znaleźli żadnych anomalii, które świadczyłyby o tym, że pod ziemią jest obiekt ze stali. - Panie profesorze, ale jak to? - odkrywcom opadają przy publikacji wyników kąciki ust. - Że zacytuję klasyka, panowie: błądzić jest rzeczą ludzką, tkwić w błędzie: głupotą - macha ręką prof. Janusz Madej z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Odkrywcy odchrząkną: wiara czyni cuda. Kopać, panowie!
Bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy wyjaśnią: nie wariaci, to biznesmeni, którzy, wiedząc, że pociągu nie ma, inwestują w jego wydobycie. Inwestują! Bo złoto jest gdzie indziej.
Złoto Breslau i Wunderwaffe
Odkrywcy mówią, że wierzą. Wierzą, że któregoś z mroźnych grudniowych dni 1944 Niemcy zarządzili: najcenniejsze skarby Breslau, złoto i depozyty, spakować w 12 wagonów, a następnie, razem ze wszystkim, co wiadomo o Wunderwaffe, prototypach broni, zebrać, ułożyć w pociągu i wywieźć, żeby doczekało lepszych czasów. Łącznie 56 skrzyń z wiekami uszczelnionymi gumą, co odnotowano z niemiecką skrupulatnością. Nikt z nich nie wierzył, że przegrają wojnę, chcieli przeczekać przejście Ruskich, a potem wyciągnąć zakopaną broń i uderzyć z zaskoczenia. Pociąg miał wyjechać z Wrocławia i zaginąć po drodze do Wałbrzycha. A potem przyszło SS i powiesiło całą niemiecką rodzinę, która miała dom przy Uczniowskiej w Wałbrzychu, a okna z ich kuchni wychodziły na tory i 65. kilometr linii kolejowej. Co mogli zobaczyć przez szybę, grzejąc w czajniku wodę tuż przed zakończeniem wojny?
Złote piwko, złota myjnia
Turystów tu na potęgę. Na zamku drugie tyle co przed rokiem, zespół 12 przewodników rozrósł się do ponad 40, bo przyjezdni blokowali serwery z rezerwacjami wycieczek. W kasie zamku ze sprzedanych biletów wylądowało ponad 300 tys. zł. A ludzi po knajpkach, popijających chłodne piwko Złoty Pociąg - cena 39 zł za trójpak - jest jeszcze więcej. Obwieszeni koszulkami ze złotem - za 60 zł każda, z wydawanymi naprędce książkami o pociągu pod pachami, odpalają sobie papieroski sztabkami złota - cena zapalniczki 5 zł za sztukę. Podjeżdżają pod tajemniczy 65. kilometr, parkują na płatnym Parkingu przy Złotym Pociągu, a jak się auto wybrudzi od kurzu z koparek, to umyją za rogiem w Myjni nad Złotym Pociągiem. Saperka tu to jak ciupaga w Zakopanem, zwłaszcza że sieciówki zachęcają plakatami: "A może na weekend wybierasz się do Wałbrzycha? Jesteśmy przygotowani na wszystko: oto saperka samokopiąca, z wbudowaną matą grzewczą, silnikiem udarowym i wykrywaczem złota". Niektórzy przejadą się Złotym Pociągiem, który kursuje po okolicy, inni popływają łódeczkami w sztolniach Walim - 22 zł za bilet dla dorosłego - a koneserzy posłuchają przeboju disco Edyty Nawrockiej z Wałbrzycha, która na co dzień śpiewa o miłości, ale teraz spontanicznie zarymowała do rytmu o kolejnictwie: "Jedzie pociąg z daleka, złotem cały ocieka, bronią i diamentami, wykryty georadarami".
Pokoju w Wałbrzychu człowiek już tak łatwo nie wynajmie, złote atrakcje trzeba planować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Piarowcy doradzają prezydentowi miasta: zmieńcie nazwę na WAubrzych, Au to symbol złota.
Złote prawo autorskie
Jarosław Chmielewski był senatorem, startował z list PiS. Dziś rządzi stawkami i żongluje cennikami. Koper i Richter swojego prawnika polecają jak menedżera. On ich - jak gwiazdy. Tłumaczy: im na pieniądzach nie zależy, ale niech dziennikarze wybaczą, panowie tyle wiedzy zgromadzili przez lata, że nie wypada brać jej za darmo. Tylko za półdarmo: tysiączek, dwa za rozmowę. Jeśli ktoś będzie chciał jakieś zdjęcie, dajmy na to, pracującej koparki, to zrobimy, za odpowiednią opłatą, że odkrywcy stoją, kopią. Cenę jeszcze ustalamy. Na pewno, jeśli pociąg znajdziemy, będzie wysoka. Myślę, że i pół miliona złotych, porozmawiamy wtedy o ewentualnej wyłączności. To będą duże widełki, zdaję sobie sprawę, ale proszę uszanować prawo autorskie do wizerunku odkrywców, oni chcą go chronić. Skonstruujemy sobie taką umowę o dzieło, potraktujemy ich jako aktorów, pani zapłaci, będziecie zadowoleni.
A kto liczy, że samodzielnie podglądnie, co się dzieje na placu budowy tuż przy urzędzie skarbowym, ten się zdziwi. Najpierw odkrywców i ich koparki otoczy wysokie, szczelne rusztowanie, zza którego będzie widać ramię sprzętu i czubki kasków. Potem zapowiedzą: nie doprowadźcie nas do szału żadnym dronem nad głową, bo zobaczymy pierwszego i od góry przykryjemy się siatką.
Potem, zaraz po zakończeniu okresu lęgowego wróbli, zrobią konferencje prasowe, żeby pokazać, co widzą w ziemi. I przy okazji zorganizują festyn: dzieciakom pracownicy fast foodu z kurczakami dadzą baloniki, pszczelarz rozłoży stanowisko do zarabiania pieniędzy i na patyczkach do mieszania kawy będzie wtykać do smakowania potencjalnym klientom a to spadziowy, a to lipowy, a to miód wielokwiatowy. Kucharki w urzędzie skarbowym też będą zacierać ręce: na ich jajeczniczkę na bekonie i pierożki z serem znów skuszą się nie tylko urzędnicy, ale i japońscy, amerykańscy, brytyjscy dziennikarze. Właściciele agroturystyk w krzakach rozdadzą gapiom wizytówki, a ludyczny Koper podzieli się pomidorami z własnego ogródka i będzie tylko narzekał, że mu do kiełbasy musztardy zabrakło.
Złote kolano, złota blizna
Na Wałbrzych w czasie wojny spadła jedna bomba, ale nikt nie zginął. Spadła daleko od domów. Ofiary wojny są tu policzone dokładnie - 360 Niemców popełniło samobójstwo w nocy z 8 na 9 maja 1945 roku, w tym samym czasie, kiedy w Berlinie zostało powtórzone podpisanie aktu kapitulacji III Rzeszy. Powiesili się albo odkręcili gaz. Miasto przetrwało w zasadzie nienaruszone. W jednym miejscu Niemcy jednak podłożyli materiały wybuchowe, co zauważyli potem polscy urzędnicy. Sporządzając wykaz bocznic kolejowych, zanotowali - ta zlokalizowana na 64,938 kilometrze trasy między Wrocławiem a Wałbrzychem została wyminowana.
A teraz niemieckie kolano. Zginało się wielokrotnie, kiedy jego właściciel przeciskał się wąskimi korytarzami wałbrzyskich kopalń. 1 stycznia 1955 roku trafił tam też Tadeusz Słowikowski. Z wykształcenia rzeźnik, z przekonania wróg Niemców (matkę zabili mu w Oświęcimiu) i ich wielki przyjaciel (jak zabili mu matkę i został z rodzeństwem sam, to ukrywali go u siebie w gospodzie Niemcy).
I kiedy inny Polak w kopalni popił, splunął Niemcowi w twarz, zwyzywał od deutsche Schweine i kopnął Niemca w jego niemieckie kolano, Słowikowski stanął w obronie kopniętego. Kto by wtedy pomyślał, że Polak się za Niemcem wstawi. Niemiec wziął więc Polaka na wódkę, żeby wynagrodzić. A przy wódce opowiedział historię, o której od dziesięciu lat milczał jak grób, bojąc się, że i jego rodzinę ktoś powiesi, nawet jeśli okna z jego kuchni wychodzą na zupełnie inną stronę.
Tadeusz Słowikowski usłyszał, że grupa Niemców miała zakopać pociąg z cenną zawartością w miejscu, które widać z okna kuchni w domu przy ulicy Uczniowskiej. Pomyślał wtedy, że jak się człowiek skaleczy, to blizna zostanie, i że on chce znaleźć bliznę po pociągu w lesie. Potem Słowikowski będzie mówił, że jak nieboszczyka zakopać, to trumna siada w ziemi, dlatego szukać trzeba niżej, niż się wydaje, ale to będzie 60 lat później, czyli kiedy rzeczywiście grawitacja - jeśli wierzyć tym, co wierzą - miała szansę ściągnąć pociąg głębiej.
Whisky Golden Train
Kiedy Piotr Żuchowski, generalny konserwator zabytków, podskakiwał z rozpalonymi policzkami na konferencji prasowej tydzień po wybuchu gorączki złota, w sierpniu, mówiąc, że pociąg istnieje na sto procent, Dariusz Domagała na chłodno kupował kolejne domeny w internecie. W kilkadziesiąt godzin postawił pierwszy serwis internetowy, w którym zbierał wszystkie wyobrażenia o pociągu, doskonale wpasowując się w złote gusta poszukiwaczy. Kopra i Richtera nie znał, ale legendę, którą odświeżyli, usłyszał jeszcze jako dziecko. Dorósł, został menedżerem zespołów, założył radio, telewizję, firmę handlującą powierzchnią na billboardach, hotel, restaurację, a teraz znów bawi się w historię. Ale już poważnie inwestując w zabawki. Dziś, po roku, patrzy na słupki: odkąd Koper i Richter zainstalowali koparki na 65. kilometrze, ruch na jego stronie wzrósł dziesięciokrotnie. Domagała: - Cieszę się, ale nie chcę się denerwować, więc nie policzę, ile wydałem na to kasy.
Turyści piją obrandowane przez Domagałę piwo Złoty Pociąg, a jego restauracja, dzięki nowej etykiecie, tylko w ostatnim miesiącu sprzedała więcej butelek niż przez ubiegły rok, gdy piwo nazywało się Lwówek Śląski. Dla wybrednych jest też wino Złoty Pociąg, a zaraz ma być rozlewana - po angielsku, już jako Golden Train - i wódka, i whisky dla koneserów. Do kupienia w całej Polsce. Domagała: - No tak, interesuje mnie sprzedanie milionów butelek. Bardzo mnie to pociąga, ta historia, bardzo łatwo mi się więc wydaje na inwestycje. Żona się tylko uśmiecha.
Złote rysunki, martwy pies
15 lat po wódce z Niemcem Słowikowski chodził po mieście niespokojny. Patrzył przez okno przy Uczniowskiej, myślał o powieszonej rodzinie. Rozrysował na kartkach teren, zaznaczył, gdzie brakuje drzew, gdzie ziemia dziwnie się zapada albo podnosi, gdzie nienaturalnie dużo kamieni leży pod piachem. Kreślił kółka, zmazywał, jeszcze raz szedł na Uczniowską, obserwował. W końcu dostał zgodę na wykopanie dziury przy torach. Ledwo wbił łopatę, przyszli sokiści i odebrali papier.
Potem ktoś włamał mu się do mieszkania, chciał ukraść rysunki. Nie wyszło, to otruł Słowikowskiemu psa. Żona zapytała: czyś ty powariował, całą rodzinę chcesz, żeby wytruli? Potem będzie pytała: czyś ty powariował, ci dziennikarze się zjeżdżają, człowiek nie ma jak w spokoju pralki włączyć, żeby buczenie nie przeszkadzało. Ale tak będzie pytała dopiero za 30 lat.
Złote fusy, złote podatki
A teraz powróżmy z fusów, mówi prof. Marian Noga, ekonomista, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Że wydany pieniądz robi pieniądz - to wiadomo. Mamy taki mnożnik, wynosi on 25. Jeśli odkrywcy mówią, że wydali 140 tys. zł, to znaczy, że na rynku wałbrzyskim dostaniemy z tego 3,5 mln złotego interesu.
Konsumenci, dajmy na to, że jest ich 150 tys., patrząc tylko na wyniki zamku Książ, wydadzą tu średnio po 20 zł na bilety (otrzymamy kolejne 3 mln), 40 na obiad w barze (6 mln), 30 na transport (4,5 mln).
Szybka suma - i mamy 17 nowych milionów złotych na rynku wałbrzyskim. I trzeba oto zapłacić od tego podatki - z CIT i PIT w kasie miasta ląduje więc 800 tys. zł. Efekty mnożnikowe będą takie, że w następnym roku miasto z tego będzie mieć 8 mln. Po kolejne: jeśli moje obliczenia potraktujemy jako efekt pieniężny pierwszego roku (18 mln razem z podatkiem), to w drugim roku przemnożymy to razy 55, a to nam da 450 mln zł. Odważnie? Jako że procesy mnożnikowe nigdy nie dochodzą do końca, złagodźmy trochę i oszacujmy, że mamy tu po 80 mln złotego interesu rocznie.
Złoty komiks, złote g...
Introligatorzy też by chcieli zarobić na pociągu. Zbigniew Jagielnicki z Wałbrzycha wziął czarny karton, na złoto wydrukował na nim komiks i rozdaje. Scena pierwsza: postaci z łopatami. Scena druga: jeden chce siku. Scena trzecia: z latryny wykrzykuje: znalazłem! Scena czwarta: otwiera drzwiczki z serduszkiem, pokazuje rozkład jazdy pociągów z 1944 roku, mówi, że reszta składu też musi być w środku. Scena piąta: postać z latryny mówi do mikrofonów, że już kopać nie będą, bo nie będą przecież się grzebać w gównie.
A potem już tylko strona internetowa Zbigniewa i cennik usług introligatorskich.
Złota gra pozorów
Kiedy padała kopalnia w Wałbrzychu, złoty pociąg - jeśli wierzyć tym, co wierzą - pod ziemią ulegał grawitacji od ponad 50 lat.
Roman Szełemej jeszcze nie myślał, że w przyszłości z dyrektora szpitala stanie się najpierw Żelaznym Romanem (tak mówią jego pracownicy) i prezydentem Wałbrzycha, a potem zwykłym maszynistą (w ministerstwach, cokolwiek by załatwiał, wszyscy się szczerzą: panie, a co z tym pociągiem?)
Krzysztof Szpakowski był po pierwszym rozwodzie, ale jeszcze przed zostaniem organizatorem wyborów Miss World i przed użyciem różdżek do wyszukiwania podziemnych sztolni i poniemieckich skarbów. Zanim jednak będzie zarządzał skarbami, Szpakowski będzie zarządzał kompleksem Włodarz, podziemiami Riese, po których turystom pozwoli pływać łódeczką.
Marek Słowikowski, syn Tadeusza, miał już papiery na bycie pielęgniarzem w Niemczech, ale regularnie przyjeżdżał do Polski.
Dariusz Domagała pracował w mediach, ale nie znał jeszcze Edyty Nawrockiej, która za kilka lat będzie czytać w jego serwisach wiadomości, a potem wyśpiewa przebój disco.
Łukasz Kazek robił papiery na przewodnika i zaczytywał się w książkach o historii Dolnego Śląska. W przyszłości, o czym oczywiście nie wiedział, miał wiedzę wykorzystać szerzej: sam pisać książki, eksplorować i prowadzić program telewizyjny "Na tropie Złotego Pociągu".
Złoty wywiad, złota kamera
Menedżer aktorów nie chce zdradzić żadnych szczegółów, to tajemnica handlowa. Ale ci, którzy negocjowali, puszczają w obieg informacje: jedna z polskich telewizji zapłaciła za wywiad z Koprem i Richterem, którzy stawki negocjowali 17 dni, kilkanaście tysięcy złotych. Mało! Amerykanie za towarzyszenie w spacerach po ziemi nad złotym pociągiem mieli dać 100 tys. Dalej mało! Wideo zza rusztowania nagrywa ktoś z rodziny odkrywców. Za 500 euro można kupić ujęcia na plecy robotników, nogi sapera, rozjazdy i dojazdy na ziemię, pokazujące wszystko i nic, w stylu weselno-festynowym. Dziennikarze mówią, że ten, kto trzymał kamerę, trzymał ją pierwszy raz w życiu. Nic nie widać.
Chmielewski: - Zgłosiliśmy do urzędu patentowego logo i nazwę "Złoty Pociąg". Chcemy je zastrzec, mieć pełnię praw do wszystkiego, co produkowane jest pod tą nazwą, bo pod sukces Kopra i Richtera próbują się podpiąć biznesmeni i robić pieniądze na wiedzy i inwestycji odkrywców. Czekamy już na publikację zgłoszenia i będzie basta.
Ale Dariusz Domagała się nie boi. Myśli dalej. Zwłaszcza że turysta to nie pijak, żeby tak tylko przy piwku siedzieć! Tu turysta to odkrywca.
Domagała: - Daję im więc Paszporty Poszukiwaczy Skarbów. Cena: 1150 złotych dla dwóch dorosłych. W środku wizy do Podziemnego Miasta, Starej Kopalni. Zakwaterowanie i wyżywienie na zamku. A jeśli poszukiwacze dotrą na 65. kilometr i zrobią na miejscu zdjęcie, odkrywają, że w hotelu czeka ich nagroda: piwo, wino i gadżety dla dzieciaków.
Dariusz Domagała za kilkaset złotych od osoby daje też pakiet krwi, potu i łez bez noclegu. Usadzi na drezynie, wojskowych pojazdach z czasów wojny, każe wejść do podziemi, znaleźć skrytki z niemieckimi dokumentami, rozwiązać tajne szyfry, pokonywać w lesie przeszkody, a na koniec da grochówki. Na wrzesień zebrała się dwustuosobowa drużyna poszukiwaczy.
Złota ustawa
Słowikowski zakopał w ogródku otrutego psa, a potem zapakował rysunki. Pokazał kolegom palcem na mapie, wśród patrzących był i Koper, gdzie jego zdaniem jest złoty pociąg. Kto by wtedy pomyślał, że za kilkanaście lat właśnie kolega budowlaniec na umowach o dzieło będzie widnieć jako aktor spektaklu o złotym pociągu?
Ale Koper najpierw usłyszy o tym, że jakiś szaleniec od ksiąg ewangelickich kupuje georadar. Zapozna się. A potem nastroi z Richterem aparat za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zrobi zdjęcie, a potem aż siądzie. Na kartce lokomotywa z dwoma świecącymi się oczami, z czupryną zrobioną z ponakładanych na pociąg platform, z jednym niesfornym działem.
Chronologia złotego roku
18 sierpnia 2015 r. wałbrzyska telewizja Dami TV opublikowała skromny tekst, zilustrowany zdjęciem lokomotywy, zatytułowany "Sensacyjne odkrycie". A w środku zdawkowa informacja: Polak i Niemiec znaleźli złoty pociąg.
Tadeusz Słowikowski przeczytał skromny artykuł i znów, jak 15 lat po wódce z właścicielem niemieckiego kolana, zaczął chodzić po mieście jakiś niespokojny.
Internetowej redakcji zaczęły się grzać serwery. Najpierw klikali mieszkańcy Wałbrzycha. Potem ci z Wrocławia. Zaraz rozdzwoniły się telefony z Warszawy, a później do małej redakcji w mieście biedaszybów, gdzie w ekscytacji mieszkańcy nasprejowali na murze: "chuj tam wieża Eiffla, mamy złoty pociąg", dobijał się już cały świat. Ktoś zdradził: informacje o jego istnieniu przekazał ktoś na łożu śmierci.
Tadeusz Słowikowski uszczypnie się w policzek. Przecież nie umarłem.
Złota gra pozorów 2
W mieście, w którym strata pracy przez 15 tys. osób to strata pracy przez jedną piątą mieszkańców, wszyscy się znają, choćby ze słyszenia. Kiedy więc urzędnik przeczytał o złotym pociągu w oficjalnych dokumentach, które wpłynęły do jego wydziału, natychmiast opowiedział o sprawie kumplowi. Natychmiast skany tajnych zgłoszeń dotarły do lokalnych dziennikarzy, a oni natychmiast je opublikowali, omijając nazwiska odkrywców, bo wszyscy też wiedzieli, że Słowikowskiemu kiedyś przez ten pociąg otruli psa.
Nie minął tydzień od publikacji skromnego artykułu, kiedy do kolejki po znalezisko stanęły kolejno: skarb państwa, Światowy Kongres Żydów, rosyjscy prawnicy rządowi, Fundacja Czartoryskich i saperkowicze amatorzy, którzy mimo groźby mandatu za wejście do lasu nadal czesali krzaki. Gdzie odkrywcy? Anonimowi dla świata przez równo 17 dni negocjowali stawki za pierwsze wywiady. Lokalni przewodnicy, historycy, eksploratorzy nabierali wody w usta. Kazek nic nie zdradził, Szpakowski nawet się nie zająknął, kiedy najpierw dziennikarze, a potem tabun turystów przetaczał się przez jego sztolnie i łódeczki, z rozpalonymi policzkami słuchał o niemieckich tajemnicach. Nawet już nie policzy, ile zapłaciłby za taką reklamę w mediach. A dostał za darmo! Podziękuje na własnym weselu pod koniec września, na którym oczywiście Niemiec będzie się bawił do rana. Jak to na weselu dobrego kumpla.
Tylko Słowikowski naprawdę nic nie wie. Jego syn, akurat przyjechał z Niemiec, słucha zza ściany. O czym ojciec tak gada cały czas przez telefon? W końcu sam bierze słuchawkę. - Dziennikarzom, którzy chcą porozmawiać z ojcem, radzę przygotować 3 tys. zł - mówi. Telefon ojca milknie. Słowikowskiemu trochę smutno, że nikt go do Nowego Roku już nie zapyta o złoty pociąg. Potem dowie się, że nikt po prostu nie ma w pogotowiu takiej kwoty, i pokłóci się z synem za to, że młody też chciał ukręcić lody na złotym pociągu.
Gorączka złota roku ubiegłego
Pod koniec sierpnia upał straszny, w krzakach na 65. kilometrze tłok, ciekawscy z głodu wyżarli wszystkie mirabelki z sadu, ale nikt nie odpuszcza, wszyscy chcą popatrzeć. Pan Krzysztof założył koszulkę z saperką, chciałby porozmawiać z telewizjami o tym, co wie, ale nie może: żona by go zabiła, jakby się z ekranu dowiedziała, że on nie w pracy, tylko w krzakach siedzi, a on się nie mógł powstrzymać i wziął na żądanie. Pan Jerzy przyjechał z centrum, bo się zna. Teraz pokazuje, gdzie według niego siedzi lufa. Cały teren rozkopany, możliwe, że tam Polak i Niemiec grzebali, chociaż teraz już nic nie wiadomo, bo eksploratorzy hobbyści rozdeptali wszystkie ślady w kilka godzin. Pan Mirosław też rozdeptuje, mimo że bardziej od historii w liceum wolał fizykę. Ale wziął pod pachę plastikową sztabkę złota, pozuje fotoreporterom. I macha policjantom, bo się przyglądają. Co oni, zamiast przy krawężnikach, to na polach teraz pilnują?
Poza policjantami przy torach dyżury pełnią strażnicy leśni, miejscy i ochrony kolei. Czasem po 12 osób na dyżurze. Jest trochę nawet jak na koloniach. A że żony policjantów są mistrzyniami w robieniu szarlotek, wszyscy siadają na sjestę nad pociągiem. Zaraz ma dojechać też wojsko, nie wolno więc zjeść wszystkiego.
Przyjeżdża też Christel Focken, niemiecka poszukiwaczka. Pokazuje, że - posługując się mapą znalezioną w internecie - znalazła tu śrubę. Pan Jerzy i Mirosław trochę się krzywią, że chodzili po krzakach i przeoczyli. A śruba to z pewnością dowód. Za pokazanie śruby Focken prosi fotografów o kilka tysięcy euro. Za rok, ze swoim nosem do interesów, zostanie niemieckim rzecznikiem prasowym Kopra i Richtera.
Złota Bursztynowa Komnata
Skoro państwo gwarantuje znaleźne w wysokości jednej dziesiątej wartości rzeczy znalezionej, to trzeba szukać.
Na internetowych aukcjach berety afrykańskich żołnierzy sprzed kilkudziesięciu lat są warte kilka tysięcy euro. To ile kolekcjoner da za czołg? Za pociąg? We wrześniu ktoś skonstruował prowizoryczną drabinkę z linek i spuścili się na niej z kolegami do grobowca w Świebodzicach, tuż koło Wałbrzycha. Myśleli, że w środku znajdą kosztowności, z których wezmą sobie jedną dziesiątą. Jeden spadł na głowę pięć metrów w dół. Pogotowie stwierdziło zgon.
Do urzędów wpływają oficjalne pisma: we wrześniu Krzysztof Szpakowski, zarządca kompleksu Riese, magicznymi różdżkami odnalazł wielopoziomowy kompleks kolejowy. Burmistrz Mieroszowa zgłasza, że coś, może Bursztynowa Komnata, jest tuż obok, pod górą Dzikowiec. Niemka od śruby, że w Wałbrzychu znalazła kolejne tunele lub pomieszczenia o nieznanym układzie. Ktoś informuje o podziemiach we wzgórzu, na którym zbudowana jest świątynia w Jędrzychowie. Coś jest też pod Bolkowem - anonimowy znalazca mówi, że dzieła sztuki, tajna broń i chemikalia. Przy stacji Wałbrzych Główny nagle w październiku znajduje się tender, 100-letni wagon do wożenia węgla. W Srebrnej Górze - XVII-wieczna kopalnia srebra. W Kamiennej Górze mieszkańcy dopatrzyli się podziemnej hali produkcyjnej, a w niej ciężarówek z nieznanym ładunkiem. I jeszcze pojawia się 300-metrowa sztolnia wydrążona w skale pod Wałbrzychem, a tuż obok jaskinia z depozytami z czasów wojny. Ktoś dobił się w grudniu do tajemniczych pancernych drzwi w kompleksie Jugowice Górne, a w okolicach Boguszowa-Gorc ktoś inny odkrył dodatkowe sztolnie. To nie wszystko! Policjanci z Wałbrzycha trochę się denerwują: nagle mają kilkaset zgłoszeń o nielegalnych pracach ziemnych saperkowiczów amatorów z zamiłowaniem do szukania złota po okolicy. Odkryć, zgłoszonych oficjalnie do gmin wokół Wałbrzycha, w rok napęczniało w kopertach urzędników do kilkudziesięciu.
Złota jajecznica
Kucharki z urzędu skarbowego chciałyby, żeby panowie kopali i kopali, bo aż do emerytury mogłyby słuchać tylu komplementów w tylu językach na temat pierogów i jajeczniczki. Urzędnicy, którzy nagle muszą po jajeczniczkę stać w długiej kolejce, mają dość jedzenia w pośpiechu, żeby zmieścić się w przerwie. - Ja tobym sam wykopał ten pociąg. W kosmos.
Wtorek. Kolejne dowody na istnienie złotego pociągu padają: zamiast sklepienia tunelu zwykły ił, wykopywana porcelana to fragmenty drenażu, a sam nasyp to piach i skały. Mimo to odkrywcy chcą szukać dalej. Biorą się za olbrzymie wiertnice. - Bo pociąg jest, tylko niżej, trochę się nam schował - mówi Koper, chociaż nie ma już żadnego dowodu. Mówi za darmo, jakiś zrezygnowany, w ochlapanej obiadem koszulce, z nosa mu kapie.
Powiesiłby białą flagę i poszedł do domu, na kanapę, bo trochę już wstyd, przyznaje obsługa koparek.
Koper odwierty odkłada: a to pogoda za brzydka, a to błoto po deszczu.
Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha nazywany teraz złośliwie maszynistą, bierze wszystko na chłodno: - Ja tylko mogę wysunąć tu refleksje nad stanem emocji, wiedzy historycznej, oczekiwaniem nowości, niebywałym poziomem pasji i braku racjonalności. Tacy są nasi odkrywcy. A jaki jest świat wokół nich? To świat obrazkowy, pełen memów, skrótowej informacji, ludzi, którzy nie oczekują pogłębionej wiedzy. Pasja odkrywców padła na podatny grunt. Może takiego by nie było, gdyby ktoś na Mazurach powiedział, że pod ziemią jest arka Noego, ale kto wie?
żródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20592092,zloty-pociag-czy-zloty-interes.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]